Tekst tylko formalnie odwołuje się do felietonu Ignacego Dudkiewicza “7 bzdur, których lepiej nie mówić o organizacjach”, traktując go jako pretekst by powtórzyć to co właściwie mówiłem (pisałem) już wielokrotnie. Wiem, wniosek jest jeden – albo nie mam racji, albo racja nikogo nie obchodzi.
Oczywiście ostatnia dyskusja na temat zmiany pokoleniowej ( o tym w jednym z kolejnych wpisów) w sektorze powinna kazać mi siedzieć cicho. Niech młodzi mówią. Cóż gdy młodzi zbyt często, czasem z zaangażowaniem neofitów, powtarzają to co mówili starzy. Powtarzają te same błędy, które robili ich poprzednicy, i które doprowadziły nas tu gdzie jesteśmy. Dlatego zgadzając się właściwie z tezami Dudkiewicza (jak zazwyczaj) czuję, że pchają one nas w kolejną pułapkę. Pozwolę sobie więc na kilka (mniej niż 7) komentarzy, nie co do tego jak dziennikarze czy politycy powinni mówić o organizacjach, ale jak my, pozarządowcy, nie powinniśmy myśleć o naszej działalności.
Prawda 1: „Organizacje to nie sposób na zarabianie pieniędzy, to sposób na wspólne działanie na rzecz zmian na lepsze”
Kolejny raz (tym razem z powodu Stowarzyszenia Wiosna) pojawiła się kwestia jakości zatrudnienia w organizacjach pozarządowych. Dyskusja ta to gra do jednej bramki, a przykład ks. Stryczka symptomatyczny – traktował działalność społeczną w kategoriach biznesowych, a pracowników jak przysłowiowy kapitalista. Gdzież jednak Ci pozostali krwiopijcy, wyzyskiwacze, właściciele, którzy mogą stanąć do dyskusji z pracownikami. Własność społeczna – tak jak publiczna, z tym, że dla obrony tej drugiej powołano cały szereg instytucji od Najwyższej Izby Kontroli zaczynając – jest słaba i łatwo ją skrzywdzić.
Ale za pracę trzeba godziwie płacić, powtarzać będą Ci, co nic nie rozumieją, albo udają, że nie rozumieją. Jak pomalujesz sobie mieszkanie to do kogo idziesz po wypłatę? Ile bierzesz za godzinę opieki nad swoim dzieckiem? Ile należy Ci się za wysiłek przy opisywaniu własnej kolekcji militariów lub opracowania katalogu zdjęć z kolejnych wakacyjnych przygód? Jak rozliczasz się z przyjaciółmi za obiad, na który ich zaprosiłeś lub zaprosiłaś? Nie bierzesz za to wynagrodzenia to jesteś frajer/frajerka, a Ci którzy na tym korzystają (dzieci, współmałżonkowie, dalsza rodzina, przyjaciele, którzy zresztą jakoś dokładają się do wspólnego dzieła – perfidnie Was wykorzystują. Sprowadźmy całe nasze życie do kontraktów finansowych i świat będzie nie do zniesienia.
Organizacje pozarządowe to ta sfera działania publicznego, która musi rządzić się innymi prawami niż prawo popytu i podaży, zysku i straty Inaczej ta cała działalność nie ma sensu, jest zwykłym biznesem lub działaniem administracji z publicznych pieniędzy i tak powinna być traktowana. To nie znaczy, że wszystko trzeba robić społecznie. Zdarzało się Wam zatrudnić opiekunkę do dziecka, hudraulika, kupić obiad w restauracji. Jasne. I tu trzeba godziwie płacić. Ale nie przyjmujemy tych wszystkich zatrudnionych do rodziny. Rozliczamy się z nimi inaczej.
Jaki wniosek? Musimy zacząć myśleć o naszych organizacjach i je organizować inaczej niż biurokratyczne urzędy i inaczej niż biznesy. W innym przypadku zamiast społeczeństwa obywatelskiego będziemy mieli “mix” społeczeństwa partyjnego i kupieckiego. Gdzie wszystko robi się dla takiego czy innego zysku.
Oczywiście prawda ta nie musi być zrozumiała dla zatrudnianych przez organizacje pracowników. Jednak ci zatrudniani pracownicy – którzy powinni być godziwie wynagradzani i powinni mieć zapewnione przestrzeganie praw pracowniczych – powinni wiedzieć, że są dodatkiem do podstawowej, opartej na innych zasadach, działalności organizacji. I – ponieważ jestem przekonany, że do tego miejsca nie dojdzie nikt, kto mógłby się poczuć obrażony – powiem, że organizacja, która działa przede wszystkim w oparciu o pracę etatowych pracowników nie jest żadną społeczną organizacją, a większość dzisiejszych “społeczników”, którzy wykonując za pieniądze swoje działania (nie mając przez to czasu na prawdziwą działalność społeczną) to zaprzeczenie idei społecznikostwa. Pamiętam pierwsza dyskusję na temat Karty etycznej organizacji pozarządowych, jeszcze przed FIP-em regionalnym w Krakowie bodaj w 1995 roku, gdy jedyny raz (z moich obserwacji) działacze społeczni starli się z etatowymi pracownikami organizacji, próbując powiedzieć, że to oni – demokratycznie wybrani i ponoszący odpowiedzialność za organizacje – powinni być decydentami w kwestii ustalania zasad. Przegrali – dyskutowali w ramach swojej pracy społecznej, a za przeciwnika mieli tych, którzy robili to w godzinach pracy. Dodajmy, od tego czasu dominacja “etatowych społeczników” znacznie się wzmocniła.
Powiecie, że mówię o jaki wyidealizowanych organizacjach, a nie o większości tych, które dzisiaj działają. Jeżeli jednak chcemy poważnie rozmawiać o społeczeństwie obywatelskim, to musimy zostawić te quasi-biznesowe i quasi-biurokratyczne organizacje sobie (dadzą sobie radę) a zająć się tymi w których tkwi siła prawdziwej obywatelskości.