Przedstawiamy tekst w ramach dyskusji o samokontroli. Tekst powstał już ponad pół roku temu, ale mimo to, a może właśnie dlatego, wydaje się bardzo aktualny i mogący stać się podstawą do refleksji nad sytuacją trzeciego sektora i organizacji wspierających.
Roma Aziewicz
Działać czy nie działać
Wyznanie win za cały sektor dokonane przez autorów „Głównych nieprawidłowości w działaniach organizacji pozarządowych i ich przyczyn” (pierwsza część tego tekstu dotyczyła głównych przyczyn pojawiania się nieprawidłowości w działaniach organizacji pozarządowych druga zaś najcżęstszych grzechów przez nie popełnianych – przyp. red.) jest dla mnie bardziej obroną organizacji niż oskarżeniem. To wyliczenie paradoksów związanych z działalnością organizacji pozarządowych w Polsce. Paradoksy te – konieczność balansowania między wymogami prawa a efektywnością, byciem NGO a byciem firmą – niemożliwym wręcz czynią zadanie bycia „organizacją dobrą”.
Ocena działalności organizacji pozarządowych uwzględniać musi trudne zewnętrzne uwarunkowania i nieprzyjazny system, w jakich przyszło im działać. Sprzeciw budzi obwinianie NGO za trudne wybory i kompromisy między tym, co NGO chciałaby, a tym, co musi – w imię przetrwania w trudnych czasach. Ginący gatunek społecznika-idealisty cechuje wiara, że nadejdą czasy, gdy jego organizacja będzie miała możliwość odegrania swej roli w historii ludzkości, chociażby w lokalnej mikroskali. Wiara ta podupada, o czym świadczy spadek aktywności i ilości organizacji, co nie cieszy nas – ludzi z branży.
„Działać czy nie działać – oto jest pytanie” .
Pytanie to jest czymś więcej niż rozterka sfrustrowanego intelektualisty, który niegdyś stanął po jasnej stronie mocy niczym rycerz Jedi, nie wiedząc, co czyni. Z bardziej prozaicznych przyczyn wielu zadaje pytanie: „działać czy żyć?”.
Ten drastycznie egzystencjalny problem w odniesieniu do katalogu nieprawidłowości stanowiącego Tezy do dyskusji pozwala nam na nowo odkryć teorię względności. Po pewnym „dostosowaniu” do naszych potrzeb zyskuje ona nareszcie znaczenie w pełni zgodne ze swoją nazwą, że „wszystko jest względne”.
Tak też możemy oceniać rozmaite zjawiska, które dotknęły nasz sektor, jak projektomania, grantomania czy inne manie, czyniące ze znacznej części pozarządowców – względnych maniaków. Wśród wartości bezwzlędnych NGO, która poszła tą drogą, może wykazać zatrudnienie i zakres różnych usług świadczonych na rynku. Efekty społeczne, osiągnięte przy okazji realizacji zadań, są już względne i zależne, jak wiadomo, od narzuconych kryteriów wyboru projektów. Kryteria tworzone przez rzeszę urzędników, z których każdy uzasadnić musi swoje istnienie, zdecydowanie odbiegają od racjonalnej wytycznej „róbcie organizacje, jak uważacie, żeby było dobrze”. Fakt, że koszt realizacji zadania byłby wyższy w sferze publicznej, gdzie system wolnorynkowy zastępowany jest wolnorękowym (od wydawania środków wolną ręką), względnie uzasadnia udział organizacji w tym systemie.
Ocena organizacji pozarządowych w nawiązaniu do Głównych mechanizmów wypaczających…. również podlega teorii względności względem poszczególnym organizacji. Uważam, że wśród organizacji popełniających podobne przewinienia, winy niekoniecznie rozkładają się „po równo”. Dwie organizacje X i Y, które uchylają się od obowiązku bip, mogą być oceniane różnie, jeśli np X nie posiada zdolności finansowych, organizacycyjnych i kadrowych, aby go spełnić, natomiast Y woli nie ujawiać przychodów, rozliczeń, zarobków, za to tłumaczy się podobnie jak X.
W związku z powyższymi względami w dalszej części chciałabym się zająć winami, które bezwzględnie należałoby uznać za grzechy ciężkie, popełniane w sposób świadomy, nie przez zapomnienie czy zaniedbanie.
Ryba psuje się od głowy
Są organizacje, których wpływ na sektor jest nieporównywalnie większy, co wynika z ich większych możliwości. Do takiej elity należą reprezentanci sektora w różnych ciałach dialogu, mniej lub bardziej reprezentatywnych, a także organizacje wspierające. Zdarza się nam obserwować zjawisko „wspierania, aby nie wesprzeć za bardzo”, podyktowane daleko posunietą dbałością o własną pozycję na rynku jako wspierającego i o utrzymanie zapotrzebowania na swoje usługi. Owe pseudowspierające czy pseudoreprezentujące organizacje często podpierają się standardami, które były wypracowane z ich udziałem za publiczne pieniądze. Wracając do ulubionej „teorii względności”, wina polegająca na łamaniu tych samych standardów przez organizacje należące do sektorowych elit jest większa niźli wina ich naśladowców. Przykład idzie z góry, dla niektórych takie działania to przyzwolenie, dla innych powód przekonania, że „inaczej się nie da”. Łamanie standardów rzutuje na zewnętrzny wizerunek całego sektora, najboleśniej jednak skutkuje do wewnątrz, powodując złe praktyki i spadek aktywności.
Organizacje ze swej natury powołane są do krytyki nadużyć w sferze publicznej. Inaczej, gdy do nieprawidlowości dochodzi wewnątrz sektora, takiej krytyki organizacje raczej unikają.
Pseudoreprezentacja i pseudowsparcie nie byłyby możliwe, gdyby nie bierność reprezentowanych organizacji i zaniechanie jakiejkolwiek interwencji w stosunku do swoich reprezentantów za nadużycie mandatu udzielonego przez sektor. Obserwujemy często, jak powołani do występowania w imieniu szerokich środowisk NGO-sów przedstawiciele sektora wykorzystują mandat do załatwiania interesów grup raczej wąskich. Towarzyszy temu, poza poklaskiem zawsze gotowych do poparcia różnych klakierów, milczące przyzwolenie pozostałych, ostrożnych w wypowiadaniu swych sądów. Krytycy własnej reprezentacji, jak wiadomo, zasłużyć mogą łatwo na miano wroga sektora, a może nawet „wroga ludu”.
Zjawiska powyższe są bardzo trudne do oceny w świecie mistyfikacji misji oraz politycznej poprawności, o których mowa w „Głównych nieprawidłowości…” Autorzy na szczęście podsuwają także pojęcie „społecznej użyteczności organizacji”, co wydaje się trafne i użyteczne dla próby całościowej oceny działalności organizacji, bilansu podejmowanych wyborów i społecznych skutków. Ocenę poprzez taką kategorię traktuję wręcz jako próbę powrotu do normalności, z uwzględnieniem tego, co w sektorze najważniejsze, w kontrze do narzuconych nam przez lata zbiurokratyzowanych kryteriów, wydumanych wskaźników, abstrakcyjnych polityk.
Społeczna użyteczność organizacji łaczy się z jej autycznością, czy organizacja działa dla kogoś poza tymi, którzy są w nią zaangażowani, jakie wartości sobą reprezentuje oraz jakie tworzy wzorce dla otoczenia. Społeczna użyteczność łączy się ze społeczną odpowiedzialnością organizacji, poprzez zaangażowaną postawę wobec otoczenia i dbałość o interes publiczny, niezależnie czy zakres działania organizacji dotyczy spraw bardziej przyziemnych, czy globalnych.
Kryterium użyteczności i odpowiedzialności społecznej należałoby zastosować do oceny działań NGO-sów na zewnątrz, lecz również wewnątrz sektora. Organizacja, która patrzy przez palce na naganne poczynania w sferze publicznej, okazuje się społecznie mało użyteczna, a czasem wręcz społecznie zbędna. Granicą kompromisu jest nazywanie rzeczy po imieniu, że czarne to jednak nie niebiałe…. Organizację, która narusza normy współpracy wewnątrz sektora pozarządowego i sprzeniewierza się właściwemu reprezentowaniu jego interesu, należałoby wprost uznać za szkodliwą.
Polityczna poprawność i mistyfikacja, o których mowa w analizie Głównych mechanizmów wypaczeń…, utrudniają zdemaskowanie nagannych praktyk. Próby oczyszczenia organizacji pozarządowych powinny wyjść z samego środowiska sektora pozarządowego. Kluczowym elementem byłoby przełamanie bierności, czyli grzechu zaniechania, nie bez wpływu na interes całego sektora. Należy ośmielać ostrożnych i demaskować prawdziwe motywacje klakierów wobec takich grzechów ciężkich, jak wspomniana wcześniej pseudoreprezentacja. Ważne jest rozpoczęcie debaty na temat tego, co w sektorze pozarządowym uznajemy za dopuszczalne; czy akceptujemy ostrą konkurencję przejętą żywcem z sektora biznesu, jak również walkę o wpływy – rodem z sektora publicznego.
Autorzy, na koniec katalogu win organizacji pozarządowych, piszą o podporządkowaniu sponsorom, rynkowi, administracji, przez co zapomnieliśmy o wartościach. Katalog ten dla mnie nie jest zamknięty. Wartościom i wiarygodności działań w sektorze zagraża, według mnie, jeszcze bardziej to, co nie zostało wymuszone przez sponsorów czy rynek, lecz przyjęte w sposób dobrowolny jako metoda działań bardziej skutecznych. W mojej wyliczance „win bezwzględnych”, które powodują, że III sektor przestaje być tym, czym być powinien, wymieniam:
-
upolitycznienie sektora,
-
wykorzystywanie wpływów,
-
brak solidaryzmu.
Mimo społecznej niechęci do świata polityki żyjemy w bardzo upolitycznionej rzeczywistości, którą cechuje, w uproszczeniu, dualistyczny podział na „swoich i nie swoich”. Podział ten przenosi się do świata NGO-sów. Organizacje zabiegają o wpływy sięgając po wzorce z polityki, stosują „załatwiactwo”, posługując się koneksjami, przez co łatwiej dogadują się z administracją, czasem tylko podprzykrywką oficjalnego dialogu. Coraz częściej okazuje się, że polityczna sprawność w pewnych sytuacjach sprawdza się lepiej od wypracowanego przez lata działaności społecznej autorytetu. Zdobyte poparcie umożliwia uzyskanie wpływów wykorzystywanych dla realizacji interesów grupy „swoich”, z oczywistym pominięciem „nie swoich”. W razie niespełnienia oczekiwań grupy interesu delikwent rezygnuje z zaszczytu reprezentowania środowiska organizacji lub minimalizuje swą aktywność w tym zakresie.
W działaniach takich nie ma miejsca na to, co powinno być podstawą działań sektora, stanowić o jego sile, odróżniać go od innych sfer aktywności – politycznej czy gospodarczej. Na solidaryzm społeczny, bez którego stajemy się bardziej firmą niż organizacją, zbiurokratyzowaną instytucją i przejadaczem unijnej kasy. Brak solidaryzmu pozwala nie oglądać się na słabszych, których głos jest słabo słyszalny, uzyskiwać przewagę nad organizacjami, które mają mniejszą siłę przebicia. Brak solidaryzmu sektorowego powoduje działania na szkodę sektora w imię interesów korporacyjnych.
Jeżeli więc jednak działać, to szybko i skutecznie, zmiany wymagają pracy.