Edukacja obywatela
czyli co każdy społecznik
wiedzieć powinien
propozycja wystąpienia na Ogólnopolskim Forum Inicjatyw Pozarządowych
Aby odpowiedzieć sobie na pytanie, co każdy społecznik, szczególnie aktywista organizacji pozarządowej, wiedzieć powinien, musimy po pierwsze ustalić, jaki jest cel działania społecznego, następnie zastanowić się, co w tym kontekście może być naprawdę użyteczne, z jakiego obszaru wiedzy trzeba czerpać, i na koniec powinniśmy przejść do pytania, jak się do takiego zdobywania wiedzy zabrać. A także, o ile okaże się to możliwe, zaproponować jakieś konkretne propozycje działań na czas najbliższy.
I. Punkt wyjścia, czyli edukacyjna rola organizacji
Peter Drucker, jak twierdzą niektórzy – „guru zarządzania”, zajmował się również zarządzaniem w sektorze niebiznesowym. W prosty sposób zdefiniował on organizację pozarządową, która według niego istnieje „po to, by wywołać zmiany w jednostce i w społeczeństwie”. Oznacza to, że organizacje „robią coś zasadniczo odmiennego od tego, czym zajmują się firmy i władze. (…) Organizacja pozarządowa nie dostarcza rynkowi towarów i usług ani nikim nie rządzi. (…) Produktem organizacji jest zmiana, która zachodzi w człowieku pod wpływem jej działania. (…)”. Ta współczesna definicja doskonale współgra z definicją sformułowaną przez Helenę Radlińską, twórczynię pedagogiki społecznej w Polsce: „Praca społeczna przetwarza środowisko siłami człowieka – w imię ideału”. W tej definicji pytanie, „co należy zmieniać najsamprzód – ludzi czy stosunki” jest źle postawione, gdyż „[z]miany następują równocześnie, są współzależne, nie mogą być dokonywane inaczej jak siłami ludzi wpatrzonych we wzór życia, który chcą urzeczywistnić”. Tak chciałbym rozumieć organizację i zmianę, którą ona wprowadza.
Oznacza to w istocie, że ponieważ organizacje są (mają być) narzędziem zmiany, to na nich spoczywa w dużej mierze odpowiedzialność za zorganizowanie procesu edukacyjnego (zmiana w ludziach) i rozwoju społecznego (zmiana w społeczeństwie). A przede wszystkim – co wydaje się być w dzisiejszych czasach w ogóle pomijane – zmianom powinni podlegać sami członkowie organizacji. Jeżeli bowiem nawet odbiorca działań organizacji czy jej wolontariusz (o tym za chwilę) powinien zmienić się na lepsze w wyniku współpracy z organizacją, to tym bardziej zmiana powinna dotyczyć jej członków, pracowników czy stałych współpracowników. Z jednej strony powinno dochodzić do rozwoju poszczególnych osób w środowisku organizacji, z drugiej zaś – także sama organizacja powinna być już zaczątkiem zmieniającego się społeczeństwa, a tym samym jej główny zasób, czyli ludzie na stałe z nią związani, powinni praktykować w życiu to, co jest istotą działania organizacji w ogóle i tej konkretnej organizacji w szczególności. Co więcej, organizacja jako wspólnota, którą rozumiem tu jako więzi pomiędzy członkami, powinna opierać swoje działania na procesie samorozwoju (wzajemnego uczenia się). Członkowie organizacji powinni zatem stanowić – co wynika z samej istoty dobrej organizacji – grupę samokształceniową.
Tak więc organizacja – czy tego chce, czy nie – pełni funkcje edukacyjne (złe organizacje mogą oczywiście uczyć zachowań nieprawidłowych, np. egoizmu, nietolerancji). Działa w środowisku i nie jest wolna od odpowiedzialności za to środowisko. Ludzie, z którymi organizacja się styka (interesariusze), są pierwszym kręgiem jej oddziaływania edukacyjnego. To od tego, co organizacja komunikuje o sobie i o swojej misji, od tego, jakie daje świadectwo swoimi działaniami i postawą swoich członków i pracowników, zależy odbiór sektora pozarządowego w społeczeństwie. Szczególną troską powinny organizacje otaczać beneficjentów swoich działań i wolontariuszy. To oni po kontakcie z organizacją pozarządową powinni poznać przynajmniej prawa i obowiązki obywatela, zdawać sobie sprawę z ich wagi. Powinni nie tylko poznać misję organizacji, z którą są związani, ale też mieć minimum wiedzy o tym, czym w ogóle są organizacje pozarządowe, czym jest demokracja, państwo prawa. I tu może się pojawić pytanie, czy organizacja zajmująca się pomocą społeczną, kulturą, sportem ma w ogóle poświęcać uwagę takim sprawom? Czy nie wystarczy, że z młodzieży robi sportowców, organizuje młodym ludziom wolny czas czy wspomaga w sytuacji kryzysowej? To trudne pytanie i każdy działacz społeczny, każda organizacja musi sobie na to odpowiedzieć. Dla mnie pomoc bez wsparcia społecznego (edukacji o uprawnieniach, motywowania do usamodzielnienia się) jest niewystarczająca, zabawa dostarczana przez organizacje bez poświęcenia uwagi rozwojowi osoby, do której ta oferta jest kierowana, niczym się nie różni od komercyjnego zaspokajania potrzeb klienta, a pominięcie zasady “w zdrowym ciele zdrowy duch” sprawia, że sport staje się swoją karykaturą.
II Wiedza użyteczna, czyli co jest przydatne
Głównym problemem, jaki pojawia się, gdy myślimy o przekonaniu obywateli, by pogłębiali swoją wiedzę, jest problem użyteczności wiedzy. Pomiędzy użytecznymi technikami (jak pisać wnioski, jak przemawiać, jak zarządzać zespołem itp.) a wiedzą teoretyczną (np. o systemie finansów publicznych, sposobach wpływania na ludzi czy istocie działań społecznych) istnieje zasadnicza przepaść. Ludzie dorośli chcą się uczyć tego, co użyteczne, rzecz jednak w tym, że poza powtarzaniem algorytmów (w sensie wiedzy, co trzeba robić po kolei, by osiągnąć efekt, swego rodzaju przepisów kulinarnych) użyteczne jest również to, co się algorytmom wymyka – motywacja, przekonania, wyznawane wartości, dominujące uczucia. Przysłowiowe know-how jest ważne, ale równie ważne jest wiedzieć, co i dlaczego chcemy zrobić (know-what). Kiedy chcemy ugotować zupę, często wystarczy przepis, ale by wychować dziecko, przepis to za mało, a nawet więcej, przepis może być w wielu wypadkach utrudnieniem. To samo z dorosłymi. jeżeli chcemy po prostu zmieniać dorosłych, dopuszczamy się manipulacji, jeśli natomiast chodzi nam o to, by pomóc im w poszukiwaniu najlepszej drogi, przepisy nie wystarczą. Ignacy Solarz (osoba związana z polskimi uniwersytetami ludowymi przed II wojną światową) w kontekście kształcenia działaczy społecznych twierdził: „Uniwersytet wiejski budzi myśl, czucie i wolę społeczną i to jest istotna, najważniejsza jego praca, z tego podłoża wyrastać mogą pracownicy społeczni z wewnętrznym własnym nakazem duszy, techniki zaś dopracowują się sami; najistotniejsze jest to, że mają w sobie ugruntowaną siłę”. W tym znaczeniu wiedza ogólna, zrozumienie zasad może okazać się wiedzą bardziej użyteczną – w dłuższej perspektywie czasu – niż kolejny kurs umiejętności praktycznych.
Jaka może być motywacja do samokształcenia? Ludzie poświęcają swój czas, a często i środki finansowe, na edukację dla przyjemności lub dla celów użytecznych. Choć nie jest wykluczone, że znajdą się osoby, dla których poznanie sektora pozarządowego i istoty działań społecznych będzie przyjemnością, to trudno oprzeć na takiej motywacji system samokształcenia. Dlatego też ważne jest zrozumienie użyteczności tej wiedzy. A nie jest to wcale takie oczywiste.
Po pierwsze dlatego, że w krótkiej perspektywie wiedza ogólna może nie przynosić wymiernych efektów, można ją wręcz potraktować jako stratę czasu. Takie podejście jest charakterystyczne dla dzisiejszego rynku pracy, gdzie zbytnie wiązanie się z jakąś firmą czy stanowiskiem może być tylko przeszkodą w karierze. Inaczej jest jednak w działalności społecznej, gdzie nie szybki zwrot z inwestycji się liczy, ale długofalowa zmiana, często taka, której efekty odczują dopiero nasze dzieci. Tu myślenie, że nie warto się przesadnie angażować, nie powinno mieć miejsca, gdyż właśnie długotrwała, oparta na wartościach identyfikacja z misją jest kołem zamachowym sukcesu. W działalności społecznej często warto „stracić” (powiedzenie, że lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć, pasuje tu jak ulał), wiele poświęcić dla długofalowego celu. Nie warto zarabiać na drewnie z Puszczy Białowieskiej, nie warto niszczyć zabytków, mimo że wybudowany w ich miejsce wieżowiec przyniósłby krociowe zyski. Nie można oszczędzać kosztem jakości wyżywienia osób starszych w domu spokojnej starości czy dzieci w domu dziecka. Te zyski się społecznikom nie opłacają.
Po drugie – mimo zapisanej w Konstytucji zasady pomocniczości wiele osób nie chce brać na siebie odpowiedzialności za siebie i swoje środowisko. Państwo, samorząd, pracodawca są od tego, by zadbać o ich potrzeby. Bycie pasażerem na gapę często po prostu się opłaca, a nad tym, czyim kosztem osiąga się niezasłużone profity, można się przecież nie zastanawiać. Tutaj zrozumienie mechanizmów, które powodują, że nasze drobne przyjemności wywołują szkody gdzieś na drugim końcu świata, świadomość, że podcinamy gałąź, na której siedzimy, może być powodem wyrzutów sumienia albo wręcz rezygnacji z pewnych codziennych udogodnień. Miło jest żyć w błogiej nieświadomości, ale działacz społeczny, który chce rzeczywiście zmieniać świat na lepszy, na wiedzę nie może zamykać oczu.
Po trzecie w końcu – tylko uwspólniona wiedza daje szanse na porozumienie. Indywidualnie jesteśmy skazani na funkcjonowanie w ramach zastanych reguł i instytucji. Jesteśmy zniewoleni tym, co było. Zmiana, o ile ma być zmianą planową, a nie przypadkową, musi opierać się na fakcie, że wystarczająco dużo osób zrozumie, że to, w czym żyjemy, nie działa wystarczająco dobrze, że trzeba przeprowadzić zmianę. Potrzeba wówczas porozumienia się i dialogu z innymi, bo tylko wspólnie możemy być skuteczni. A do wspólnego działania potrzebne są wspólne wartości i uwspólniona wiedza – inaczej każdy z nas będzie podejmował różne, czasem znoszące się wzajemnie, działania, a oczekiwanych efektów nie będzie.
III Co trzeba wiedzieć, czyli jaka teoria jest nam potrzebna
W sytuacji idealnej każda osoba angażująca się w działalność społeczną powinna mieć wystarczającą wiedzę i umiejętności – zdobyte w procesie edukacji i będące wynikiem doświadczenia. Edukacja obywatelska w szkole, wychowanie w domu, praktyka pracy społecznej (wolontariat, uczestnictwo w organizacjach młodzieżowych) powinny zagwarantować, że każdy obywatel będzie miał podstawy do mądrego społecznego zaangażowania. W życiu zazwyczaj jest inaczej. Najczęściej ktoś, kto rozpoczyna działalność społeczną, nie ma wystarczającej wiedzy, co więcej – nie ma pojęcia, co wiedzieć powinien (tzw. nieuświadomiona niekompetencja), a tym samym poddany jest niebezpieczeństwu powtarzania – często oczywistych – błędów, powielania dominujących – często irracjonalnych – trendów czy mód.
W 1919 roku, w momencie odradzania się państwa polskiego, Cezary Łagiewski (jeden z teoretyków polskiej katolickiej nauki społecznej zajmujący się stowarzyszeniami) wzywał do refleksji:. „Jeżeli mogą istnieć nauki o państwie, o samorządzie, to czemuż nie może rozwijać się nauka o stowarzyszeniach. Nie powinniśmy jej ignorować w imię faktu, że w ślad za pogłębieniem teoretycznem idą i doświadczenia praktyczne. Mamy pewne zadatki ku temu w wielu dziełach naszych wybitnych pisarzy (Skarga, Staszic, Libelt, Milewski) – trzeba ich myśli wyławiać, łączyć, rozwijać i tworzyć całość” [Przegląd Społeczny nr 1/1919]. To wezwanie – mimo że od czasu jego wygłoszenia sporo publikacji dotyczących tej kwestii wydano – pozostaje nadal aktualne. Nie mamy wiedzy teoretycznej o współczesnym ruchu społecznym w Polsce, a nauka akademicka nie jest tu dla nas wystarczającym wsparciem. Nie mamy nawet jakichś konkretnych teorii, które mogłyby być podstawą merytorycznej dyskusji. Jest to wynik wieloletnich zaniedbań, kiedy to dylemat „więcej państwa czy więcej rynku” zdominował myślenie o społeczeństwie.
W Polsce mamy dodatkowe dwa powody niechęci do teoretyzowania. Po pierwsze – wstręt do ideologii i strach przed podejrzeniem o działalność polityczną, która – utożsamiana z działalnością partyjną – jest traktowana jako coś przeciwnego zaangażowaniu społecznemu, bo z założenia interesownego. Po drugie – zafascynowanie skutecznością, która wydaje się prostym naśladowaniem i zdaje się nie wymagać żadnej wiedzy ogólnej – każdy może robić wszystko. Po 1989 roku dominowało przekonanie, że to, czego chcemy, jest bardzo dobrze określone, a dojrzałe demokracje dawno już znalazły odpowiedź, jak to osiągnąć. W tym kontekście wiedza teoretyczna dotycząca sektora pozarządowego nie jest nam do niczego potrzebna – wystarczy ogólne podejście zdroworozsądkowe, trochę przeniesionych z biznesu oraz z zagranicy technik, no i praktyka. To wszystko, czego nam trzeba.
Jednak może być i tak, że takie antyteoretyczne podejście uniemożliwia w ostatecznym rozrachunku skuteczne działanie. Brak szerszej refleksji sprowadza nasze społeczne zaangażowanie do wymiaru hobby. Brak głębszej refleksji, brak odwołania się do bliższych i dalszych tradycji nie tylko zubaża samą pracę społeczna, ale też prowadzi do sporej liczby działań nieefektywnych, pozornych, a czasem wręcz szkodliwych. Brak wiedzy (busoli) powoduje wybieranie działań “pod publiczkę” – wiele robimy by “nic się nie zmieniło”, tych na które są pieniądze, a nie te które są najważniejsze z punktu widzenia potrzeb społecznych. W efekcie prowadzi do chaosu pojęciowego i uniemożliwia oddzielenie pozytywnych przykładów od złej praktyki.
IV Obszary wiedzy, czyli co powinniśmy wiedzieć
Idąc tropem formułowanych przez Radlińską założeń pedagogiki społecznej, można sformułować trzy główne obszary teoretycznych zainteresowań ważnych z punktu widzenia praktyki działania: teoria pracy społecznej, teoria oświaty dorosłych, historia pracy społecznej i oświatowej. Mamy więc sferę rozważań, jak się organizować w społeczeństwie, jak wpływać na ludzi oraz historię działalności społecznej, która „poszukuje czynników ewolucji urządzeń społecznych i ich powiązań, trwałości i zmienności dążeń i form, skutków celowych oddziaływań i roli samorzutnych zjawisk na szerszym tle życia społecznego i gospodarczego”. Zacznijmy zatem od historii.
-
Historia działalności społecznej
Sporo osób twierdzi, że odwoływanie się do tradycji jest w dzisiejszych czasach anachronizmem. Historia dostarcza tak wielu, tak różnych przykładów, że uczenie się na nich jest jak próba wygrania w loterii fantowej. Coś się może wygra, ale o głównej nagrodzie lepiej nie marzyć. Mało tego, każdy znajdzie w tym „pudełku czekoladek” (odniesienie do Forresta Gumpa nieprzypadkowe) jakieś uzasadnienie dla dowolnych tez. Wiele w tym racji, ale też ogólnie wiadomo, jaką siłę ma odwołanie się do tradycji. Możliwość powoływania się na doświadczenia innych, poczucie, że za nami stoi wiekowa tradycja, źródło inspiracji – to wielki zasób. Dodatkowo nie do przecenienia jest wspólne przeżywanie tradycyjnych obrzędów, waga kultury organizacyjnej. I choćby tylko dlatego, nawet gdyby historia nie mogła nas niczego wprost nauczyć, warto do niej sięgać.
Nikogo nie dziwi, że lekarzy uczy się historii medycyny, a nauczycieli – historii edukacji i wychowania, choć przecież wiele dawnych rozwiązań bez wątpienia przestało już być użytecznymi. Często jednak zrozumienie rozwiązań dziś stosowanych bez odwołania się do historii tego, jak tworzyła się współczesna nauka, może być trudne. Bez biografii kluczowych osób, które się przyczyniły do rozwoju nauki (trochę tak jak żywotów świętych w religii) nie zrozumie się wielu zachowań, nie pojmie wielu motywacji, nie dostrzeże się ideału stojącego za poszczególnymi działaniami. Nie ma chyba dobrej historii polskiej samoorganizacji – dowodem na to niech będzie prawie nieznana, a przecież epokowa z punktu widzenia historii Polski i będąca niewątpliwie ewenementem na skalę światową – historia komitetów obywatelskich 1914-1915, a następnie rad opiekuńczych i komitetów ratunkowych. Mamy dość dobrze opisane niektóre „branże” działalności społecznej – jest doskonała praca Aleksandra Kamińskiego dotycząca związków młodzieży do 1848 roku, można dotrzeć do historii towarzystw naukowych i zawodowych (np. lekarzy czy inżynierów i techników), organizacji trzeźwościowych i innych. Po 1989 ważną rolę pełniły tu np. publikacje prof. Ewy Leś, ale ponieważ dotyczyły głównie historii filantropii i pomocy społecznej, wymagają uzupełnienia i pogłębienia. Brakuje więc ciągle całościowego spojrzenia na rolę samoorganizacji w historii i umiejętności wyciągania z tego, co było, wniosków dla dzisiejszej aktywności społecznej. Dodatkowo – z uwagi na wielokrotne przerwy (brak ciągłości) w funkcjonowaniu organizacji w Polsce (zabory, powstania, II wojna światowa, PRL), a także ogromną liczbę działań społecznych, które podejmowane były w podziemiu i często nie odnotowano ich nawet na kartach historii – posiadamy znaczące luki w wiedzy. I nie chodzi tu tylko o dawne czasy. Nie mamy odrobionej lekcji chociażby z historii Wielkiej Solidarności i społeczeństwa podziemnego po 1981 r. Czy naprawdę historia, w której aktorami byli nasi rodzice, a często także my sami, nie jest warta refleksji? Czy musimy w nauce z historii ograniczyć się do budowania i zwalania pomników?
Mówię tu o tradycjach w pierwszej kolejności, bo bez nich prawdziwe zrozumienie użyteczności organizacji nie jest możliwe. To właśnie czytając idee kierujące pierwszym nowoczesnym stowarzyszeniem – „Towarzystwem Przyjaciół Nauk” – możemy zrozumieć właściwą misję organizacji: „Rozszerzenie prawdziwego światła, jest naywiększem dobrodzieystwem, jakie ludziom uczynić można. Kto uprząta fałszywe opinje, zwala przesądy, zawstydza błędy; toruje drogę do prawdy, a ta zbawienném światłem napełniając umysły, témsamém prowadzi serca do cnoty: bo występek czasem passyi, a nayczęściey jest skutkiem złego o rzeczach sądzenia”. Bez znajomości historii polskich organizacji kobiecych, abstynenckich, religijnych, edukacyjnych, charytatywnych, sportowych i innych łatwo wpaść w pułapkę wizji Polaka jako wiecznie przegranego powstańca, żołnierza tułacza, a nie osoby, która potrafi wziąć swój los we własne ręce mimo przeciwności. Tak, historia jest ważna, a wszystko wskazuje na to, że jej rola może być – z uwagi na różne próby uprawiania ideologicznej polityki historycznej – jeszcze większa. I chociaż sama historia nie wystarczy, jednak bez jej zrozumienia (choćby na wybranych przykładach konkretnych organizacji lub konkretnych przykładach dynamiki ruchu społecznego) nie da się dobrze zrozumieć dzisiejszych problemów organizacji społecznych.
-
Teoria pracy społecznej i teoria oświaty dorosłych
Nauki społeczne – w zakresie psychologii, socjologii, ekonomii, politologii czy też socjologii polityki, psychologii społecznej itp. – mogą dostarczyć wiele użytecznej wiedzy. Obszary, na których należałoby się skoncentrować, to z pewnością teorie dotyczące samoorganizacji społecznej i teoria zmiany społecznej.
W pierwszym przypadku mamy więc przede wszystkim teorię zarządzania w działalności społecznej, a zarządzanie to – mimo ogólnych współczesnych tendencji do przyjmowania „strategii mimikry” i tworzenia instytucji hybrydowych – może i powinno się różnić od zarządzania w administracji i biznesie. Niebiznesowy i niebiurokratyczny model działania organizacji wymaga refleksji opartej na dobrych przykładach. Odejścia od dominującego modelu opartego na zlecaniu zadań publicznych w kierunku oparcia się na konkretnych środowiskach, zasobach społecznych i działaniach oddolnych. Dodatkowo ważnym punktem odniesienia może być odwołanie się do teorii działań społecznych – i to nie tylko teorii małych grup czy teorii organizacji, ale też teorii ruchów masowych. Jacek Kuroń, o czym czytaliśmy w ramach jednego z kursów AntyUniwersytetu, podkreślał: „jeśli bowiem ludzie pracy mają się organizować do władzy i własności, to muszą to być ruchy społeczne. Nie mogą się one obyć bez organizacji, ale żadna organizacja ich nie zastąpi”.
Jeśli chodzi o teorię zmiany społecznej, sporo się już robi, szczególnie w zakresie teorii wyjaśniających istnienie III sektora, myślę tu o teorii zawodności sektorów (nisz), teorii partycypacji publicznej (uzupełniania demokracji pośredniej) czy teorii innowacji (czy nawet mikroinnowacji), a także skutecznego rzecznictwa. Jednak wydaje się być konieczne, z jednej strony, pogłębienie tych wysiłków, a z drugiej – uzupełnienie ich choćby o teorię zmian rewolucyjnych, np. w celu zdiagnozowania istniejących obecnie zagrożeń. Zrozumienie działania szerszych systemów, w których funkcjonują organizacje, w tym systemów politycznych (demokratycznych, autorytarnych, totalitarnych), to podstawa do optymalizacji działań społecznych. Konieczne jest też zdobycie wiedzy i umiejętności z zakresu myślenia (działania) strategicznego i systemowego oraz procesów społecznych w wymiarze globalnym.
Osobną kwestią jest edukacja i „wychowanie” dorosłych. Budowanie postaw opartych, z jednej strony, na umiejętności krytycznego myślenia, z drugiej zaś – na społecznym zaangażowaniu to zadanie z gatunku „mission impossible”. Koncepcja edukacji emancypacyjnej to wyzwanie. Tu rozwój osobowości, umiejętność dialogu z innymi, wolność stawania się połączona jest z umiejętnością samoobrony intelektualnej przed manipulacją, kłamstwem, fake newsem czy tym, co ukrywa się pod różnymi nazwami, a w istocie sprowadza się do konstrukcji „zafałszowanej świadomości społecznej” czy „umysłu zniewolonego”. Prowadzenie takiej edukacji wymaga wiedzy i umiejętności, ale też postaw, które za Kotarbińskim nazwać trzeba nazwać „spolegliwymi” (nie mylić z konformistycznymi, potulnymi, wycofanymi, bezkrytycznymi) czy tymi, które opisała Ossowska jako „etos obywatela”.
Mamy więc cały obszar nauki, często z pogranicza pedagogiki i psychologii, który pozwala nie tylko zrozumieć zachowania ludzi, ale także na nich wpływać. A działania nastawione na pracę z innymi bez silnego kręgosłupa moralnego, bez świadomości niebezpieczeństw, łatwo mogą się stać przyczyną zjawisk negatywnych – zniewalania czy ogłupiania.
V Jak się zorganizować, czyli od samokształcenia do AntyUniwersytetu
Formą, która może się sprawdzić, choć na pewno nie zastąpi tradycyjnych form kształcenia, jest samokształcenie grupowe, w którego ramach uczący się sam definiuje cele swojego kształcenia, dobiera metody, motywuje się do działania, uczy samodzielności myślenia i działania. Metody samokształceniowe, które tak wiele zdziałały w XIX wieku (np. w Szwecji – ojczyźnie, jak to mówił Olaf Palme, „demokracji kółek samokształceniowych”, czy w Polsce okresu zaborów), mają jeszcze jedną zaletę. Nie potrzebują ogromnej liczby nauczycieli, którzy w tradycyjnej formie kształcenia musieliby dotrzeć do najmniejszych miejscowości. W systemie samokształceniowym można podjąć działania emancypacyjne „tu i teraz”, w dowolnym miejscu, i to niezależnie od tego, czy emancypację rozumie się jako wyzwolenie od despotyzmu władzy czy od ignorancji i głupoty. Bo trzeba sobie jasno powiedzieć, mając w pamięci naszą definicję organizacji pozarządowej, że celem jej działania jest zmiana w ludziach. Jednak zmiana ta powinna iść właśnie w kierunku wyzwolenia człowieka, a nie jego zmanipulowania czy uzależnienia.
Każda organizacja powinna stać się takim kółkiem samokształceniowym, w którym osoby zaangażowane będą budować własne małe, ale demokratyczne republiki. Republiki uczące współdziałania, dialogu, poszukiwania kompromisu, przestrzegania przyjętych praw. Jednak, jak wynika z powyższych rozważań, wcale nie będzie łatwo wzbudzić wystarczającą motywację do samokształcenia. Dziś członkowie nie chcą się angażować w życie organizacji, do których należą. I tak będzie nadal, jeśli nie uda się ich przekonać, że są organizacjom potrzebni, że bez nich cała ta zabawa nie ma sensu. Muszą się nauczyć działać w organizacji, tworzyć ją. A mogą się tego nauczyć w działaniu, w mądrym praktykowaniu demokracji, definiowaniu i budowaniu dobra wspólnego na miarę swoich możliwości. Dlatego tak ważne są organizacje, ich liderzy i działacze. Bo to oni, świadomi długofalowych celów, potrafiący wziąć na siebie odpowiedzialność nie tylko za swoje życie prywatne, ale i za rozwiązywanie szerszych problemów społecznych, powinni dawać przykład (świadectwo), a tym samym zachęcić innych.
Szczególną rolę mają do odegrania wszyscy współpracownicy i pracownicy różnego rodzaju organizacji infrastrukturalnych – wspierających i federacyjnych. Po pierwsze – sami muszą posiąść tę wiedzę, której obecnie nikt ich nie uczy. Muszą dojrzeć do przekonania, że w organizacjach dobre zarządzanie czy przestrzeganie prawa to tylko niezbędny dodatek do zaangażowania i wiary w sens działania. Ci, którzy uczą, jak zakładać stowarzyszenie, ci, którzy pracują nad tworzeniem przedsiębiorstw społecznych, szkolą liderów i aktywistów, muszą pierwsi podjąć wyzwanie. Uzupełnić swoją wiedzę ogólną i przyczynić się do rozwoju wiedzy użytecznej dla działaczy społecznych.
Do wsparcia takiej działalności samokształceniowej przydaliby się pewnie nie tyle nauczyciele, co inicjatorzy, animatorzy, liderzy. Tu formuła szkół (jak np. szkoła liderów, szkoła reprezentacji) czy uniwersytetów obywatelskich (np. w formule uniwersytetów ludowych) mogłaby się sprawdzić. To właśnie te osoby – a szczególną rolę powinni tu odegrać przedstawiciele organizacji infrastrukturalnych i ośrodków wsparcia, a także nauczyciele, np. szkół licealnych – mogliby spełniać rolę katalizatora. Aby im to ułatwić, a także aby ułatwić pracę poszczególnym samokształceniowym kołom obywatelskim, powinniśmy zacząć pracować nad pewnym minimum wiedzy, która mogłaby być podstawą skutecznego działania społecznego.
Przypomnijmy – skutecznego, tzn. takiego, w którym
- liczy się misja – długofalowy cel społeczny (zmiana w ludziach lub społecznościach), a nie krótkoterminowy sukces,
- ludzie są ważniejsi niż pieniądze,
- prawda jest ważniejsza od dobrego samopoczucia,
- zrozumienie jest ważniejsze od zwycięstwa w dyskusji,
- współpraca i dobro wspólne są ważniejsze od konkurencji i indywidualnego sukcesu.
Potrzebujemy więc jakiegoś kanonu, jakichś wspólnych podstaw. Być może jednym z pomysłów, który pomoże nam to poskładać, jest pomysł AntyUniwersytetu, w którego ramach dla osób chcących dyskutować o sprawach dotyczących działalności społecznej przygotowujemy zbiory tekstów (znanych autorów, cennych dzieł, mówiących o ważnych sprawach). Teksty są krótkie, pojedyncze kursy szybkie (złożone z 6 tekstów). Może pomogą zorganizować przynajmniej zaczątki tej akcji – nie tyle edukacji obywatelskiej, co edukacji świadomych, aktywnych i zaangażowanych obywateli. Co powinniśmy robić…
Po pierwsze – przywrócić tradycje społecznikowskie, tak nasze, polskie, jak i europejskie czy amerykańskie, które wiele mogą nam powiedzieć o nas samych. W AntyUniwersytecie wszystkie kursy odnoszą się jakoś do historii tak praktyki, jak i teorii działań społecznych, budujemy jednak również kursy specjalnie historii dedykowane (jak kurs „historia antyuniwersytetów” czy „historia KSS KOR”.
Po drugie – podjąć rzeczywistą dyskusję nad tym, czym jest i czym powinien być trzeci sektor we współczesnej Polsce. Chodzi więc o istotę relacji pomiędzy społecznikami a administracją, o myślenie w kategoriach zmian systemowych (tu np. kurs podstawowy „Stowarzyszenia a Państwo” oraz kursy „Społeczeństwo obywatelskie” czy „Ekonomia społeczna”).
Po trzecie – musimy wrócić do podstawowych wartości (o tym zresztą jest cały VIII OFIP) działania obywatelskiego. Zacząć nie tylko ponownie – wśród coraz to nowych pokoleń działaczy społecznych – o nich dyskutować, ale przede wszystkim je praktykować. Tu, w AntyUniwersytecie, znajdziecie kursy „Obywatel zaangażowany”, „Obywatelskie nieposłuszeństwo” czy „Zniewolony umysł”.
Pytaniem pozostaje, czy taka diagnoza, która dla mnie jest oczywistością, znajduje potwierdzenie w doświadczeniach innych zaangażowanych osób, czy ten sposób definiowania użyteczności wiedzy jest przekonujący, a co za tym idzie – czy proponowane obszary koniecznej wiedzy są dobrze zarysowane, i na koniec, choć to przecież bardzo ważne, czy proponowane rozwiązania – oparte na grupowym samokształceniu – są możliwe do zrealizowania w naszych warunkach i czym ewentualnie można by je uzupełnić lub zastąpić. Na koniec jeszcze pytanie dodatkowe: czy pomysł AntyUniwersytetu może, i w jakim stopniu, przyczynić się do realizacji tak rozumianej edukacji zaangażowanych obywateli.