Swoją drogę do trzeciego sektora Łukasz Gorczyński opisał na blogu blog@trzeci.org pod wspólnym tytułem „Moje pierwsze spotkania z III sektorem – Łukasz”. Prezentujemy tę osobistą opowieść, licząc na kolejne, równie interesujące.
Liga Ochrony Przyrody i GTK
Moja pierwsza styczność z sektorem miała miejsce w podstawówce. Uświadomiłem to sobie całkiem niedawno, kiedy po szkoleniu, które prowadziliśmy z Tomkiem w Opolu, odezwał się do Fundacji trzeci.org ktoś z Ligi Ochrony Przyrody z pytaniami dotyczącymi wynajmu lokali dla organizacji pozarządowych. Liga Ochrony Przyrody jest ogólnopolskim stowarzyszeniem (o statusie organizacji pożytku publicznego), którego celem jest ochrona przyrody. Liga powstała 9 stycznia 1928 roku i jest najstarszą organizacją ekologiczną w kraju. Godłem stowarzyszenia jest żubr.
Do LOP należałem formalnie przez rok. Pamiętam, że do mojej podstawówki przyszła pani, która opowiadała o przyrodzie i powiedziała, że jak zależy nam na jej ochronie, to możemy zapisać się do LOP i zapłacić składkę. Wróciłem do domu, mama dała mi pieniądze, zapłaciłem dzień później i otrzymałem podbitą legitymację członkowską, podobną do zwykłej legitymacji szkolnej. Pamiętam, że miała zielony kolor i czerwoną pieczątkę.
Do LOP należał też mój kolega Bartek, pseudonim Pampers. Pampers bardzo dobrze grał w koszykówkę. Jego tato był pięściarzem, potem sędzią bokserskim. Piszę o tym, bo – nawet o tym nie wiedząc – co krok stykałem się w moim życiu z sektorem. Ojciec Pampersa był związany z GUKS Carbo Gliwice, a Pampers pod koniec podstawówki zaczął trenować koszykówkę w GTK Gliwice. Gliwickie Towarzystwo Koszykówki Gliwice powstało w 1998 roku z inicjatywy trenera i działacza sportowego Janusza Kołcza. Wątpię, żeby ktokolwiek przypuszczał, że po 20 latach GTK Gliwice będzie występować w Polskiej Lidze Koszykówki, najwyższej klasie rozgrywek koszykarskich w Polsce.
Jedyną aktywnością, jaką podjęliśmy z Pampersem w ramach LOP, było wystawienie mandatu chłopakowi z niższej klasy za chodzenie po trawniku. Mandat oczywiście zmyślony, wypisany na zwykłej kartce. To musiało być jeszcze przed denominacją. 1 stycznia 1995 prawnym środkiem płatniczym przestały być stare banknoty o nominałach 10, 20 i 50 złotych oraz monety o nominałach wyrażonych w starych złotych. 1 czerwca 1995 do obiegu weszły nowe banknoty 100 zł i 200 zł. Przyczyną ich późniejszego wprowadzenia była znaczna liczba starych banknotów 1 000 000 zł i 2 000 000 zł, które nie były sukcesywnie wycofywane. A nasz mandat opiewał chyba na 10 000 złotych. Nie pamiętam, czy wyegzekwowaliśmy należność. Jeżeli tak, to na pewno kupiliśmy za to paczkę najlepszych chipsów, jakie kiedykolwiek zostały wyprodukowane – Ruffles Kurczakowe. I jeżeli tak – to teraz jest mi trochę wstyd. Ale cóż, to były nieco bardziej szalone czasy. Wiadomo, początek lat 90. Młode wilki.
Jeż
Składki na następny rok już nie opłaciłem, ale dobro zwierząt nadal leżało mi na sercu. Co roku jeździłem na wakacje do cioci i wujka (brata mojej babci) do Roztoki – wsi położonej w województwie dolnośląskim (ówczesne województwo wałbrzyskie), w powiecie świdnickim, w gminie Dobromierz. Jak podpowiada Wikipedia – nazwa miejscowości wywodzi się od słowiańskiej nazwy „roz-tok”, „roztoka” – oznaczającej szerokie rozpływanie się rzeki, roztaczanie się jej nurtu. Podobną etymologię nazwy posiada również miasto Rostock leżące w Niemczech, które przejęło nazwę słowiańską od grodu Roztoka założonego przez plemię Obodrytów należącego do grupy Słowian połabskich.
Któregoś lata na ścieżce przy lesie spotkałem jeża. Jeż był cały we krwi i chodziły po nim białe robaki. Pobiegłem do cioci. Ciocia dała mi wodę utlenioną. Wróciłem do jeża i polałem nią jego rany. Zrobiły się bąbelki. Gdy poszedłem w tamto miejsce na następny dzień – jeża nie było. Rany się zagoiły, jeż wrócił do lasu.
Z takim przekonaniem żyłem przez wiele lat. Dopiero na studiach, kiedy przypomniałem babci historię o jeżu, babcia powiedziała, że jeż nie ożył, tylko wujek Mietek wziął łopatę i wyrzucił go w krzaki.
Kończyło się dzieciństwo…
• • •
Carbo Gliwice
Na stronie klubu czytamy: „Klub Sportowy Carbo Gliwice nigdy nie pojawiłby się na sportowej mapie kraju, gdyby nie kopalnia KWK Gliwice. Ten przemysłowy gigant przez lata utrzymywał klub, a sportowcy byli zatrudnieni na kopalnianych etatach. Początki kopalni „Gliwice” datuje się na 1901 rok, kiedy to połączono 16 pól górniczych należących do Wiliama Suermondta i kilkunastu przedsiębiorców z Nadrenii. Eksploatację rozpoczęto w 1912 roku. Do 1945 roku kopalnia nosiła nazwę Gliwitzer Grube. Po przejęciu zakładu przez władze polskie zmieniono jej nazwę na KWK „Gliwice”. Kopalnia Węgla Kamiennego „Gliwice”, dobrodziej Carbo Gliwice, ostatecznie została zlikwidowana w 2000 roku”.
Losy klubu splecione z losami kopalni – nie jest to historia wyjątkowa. Podobne były losy Concordii z sąsiadującego z Gliwicami Knurowa, której najsłynniejszym wychowankiem jest Jerzy Dudek.
W latach 90. lekarzem Carbo Gliwice był mój tato. Zabierał mnie na mecze i zgrupowania. To był dobry czas dla klubu. Carbo grało w III lidze (wówczas najwyższą klasą rozgrywkową była I liga). Pamiętam trenera Jerzego Klejnota. Nie ma o nim wielu wspomnień w internecie, ale te, które są, chyba dobrze oddają jego postać. To słowa Jana Jondy: „Znali go wszyscy, którzy mieli coś wspólnego z gliwickim sportem, w szczególności zaś z futbolem. Znakomity szkoleniowiec, wychowawca wielu pokoleń świetnych piłkarzy. Zmarł 6 lipca 1999 roku. Gliwicki sport utracił bezpowrotnie człowieka, który był synonimem tego wszystkiego, co najlepsze w gliwickiej piłce nożnej. Ten drobnej budowy mężczyzna, z charakterystycznym śląskim akcentem w głosie, był w środowisku sportowym powszechnie lubiany i szanowany”. I kolejne, z artykułu dotyczącego Andrzeja Buncola: „Nierówna płyta, na której trenowali wszyscy, starzy i młodzi. Jerzy Klejnot, najlepszy szlifierz piłkarskich diamentów, nawet z takich zawodników potrafił zrobić zawodowca”.
Jedno ze zgrupowań Carbo Gliwice odbywało się w starym pałacyku położonym przy lesie. Pojechaliśmy tam całą rodziną – tato, mama, ja i moja siostra. Po kolacji rodzice wrócili do pokoju, moja siostra spała, a obok niej, wtulony w poduszkę, spał nietoperz. Tato razem z jakimś piłkarzem chwycili nietoperza w koc i wypuścili przez okno.
Carbo Gliwice występuje obecnie w lidze okręgowej. Rywalizuje z takimi zespołami, jak Zryw Radonia czy Naprzód Żernica – klub, który również darzę sporą sympatią. Osoby związane z Naprzód Żernica grają w Niedzielnej Lidze Futsalu organizowanej przez Fundację „Cała Naprzód”. Jeden z piłkarzy ówczesnego Carbo Gliwice pracuje w Urzędzie Skarbowym.
Dwa czy trzy lata temu był u mnie w GCOP Jan Jonda. Pomagałem Carbo Gliwice uzyskać status OPP. Każdy grosz dla klubu jest ważny. Niestety, nie złożono w terminie sprawozdań i po roku klub nie znalazł się już na liście uprawnionych do uzyskania 1%.
• • •
Tuptuś
Najpierw chciałem być archeologiem. Czy raczej – chciałem zajmować się dinozaurami, nie wiedziałem, że najbliższa ku temu profesja, to archeolog. Rodzicie i dziadkowie kupowali mi bardzo dużo książek o dinozaurach. Miałem fosforyzujący szkielet T-Rexa, skompletowany z jakiegoś czasopisma. Miałem też żółwia stepowego, Tuptusia, który wykazywał pewne podobieństwo z dinozaurami. Budowałem dla Tuptusia zamki w piaskownicy.
Tuptusia kupił na „Balcerku” od Rosjan mój dziadek. „Balcerek” to nieistniejące już gliwickie targowisko. Takie place handlowe powstawały w Polsce po przemianie ustrojowej przełomu lat 90. ubiegłego wieku oraz wdrożeniu reform Leszka Balcerowicza. Nie zwracano uwagi ani na bezpieczeństwo zwierząt, ani na inne „bezpieczeństwa”. Podejrzewam, że Tuptuś drogę do Polski przebył w strasznych warunkach. Rosjanie mówili na Tuptusia „czerepacha”, po rosyjsku – żółw. Tuptuś nie miał dla nich imienia.
Piłkarz
W połowie podstawówki przeszło mi zainteresowanie dinozaurami – chciałem być piłkarzem. Być może pod wpływem taty, który zabierał mnie na mecze Carbo Gliwice. Codziennie po lekcjach sam też chodziłem grać w piłkę. Do nocy siedziałem na dworze, bez względu na porę roku – zawsze w krótkich spodenkach. Dużo wiedziałem o futbolu. Znałem wszystkie drużyny I ligi francuskiej, niemieckiej, belgijskiej, hiszpańskiej. Od deski do deski co tydzień czytałem tygodnik „Piłka Nożna”.
Gliwickie Towarzystwo Sympatyków Piłki Nożnej Pięcioosobowej „Piątka”
W połowie liceum już wiedziałem, że piłkarzem nie będę, ale nadal z kolegami dużo czasu spędzaliśmy na boisku. Postanowiliśmy też zgłosić drużynę do gliwickiej ligi piłkarskiej. W taki sposób po raz pierwszy spotkałem się z Jerzym Wojewódzkim i GTSPNP „Piątka”.
Jak czytamy w jednej z informacji prasowych, które ukazały się po zdobyciu przez Jerzego Wojewódzkiego tytułu Gliwicjusza 2016 roku, przyznawanego przez tygodnik Nowiny Gliwickie, „Nagrodę tę otrzymał za poświęcenie dla ludzi, młodzieży i dzieci, propagowanie sportu jako czynnika kształtującego siłę charakteru człowieka oraz poczucie jego wartości, a także, nie ma co ukrywać, za przedsiębiorczość w zorganizowaniu Gliwickiego Towarzystwa Piłki Halowej „Piątka”. To obecnie największa amatorska organizacja sportowa w mieście. Skupia pięć lig w różnych kategoriach wiekowych, w których grają setki zawodników. Drużyny te biorą udział w regularnych rozgrywkach, uczestniczą w licznych turniejach”.
Powyższe słowa to zdecydowanie za mało, żeby oddać postać Jurka. Każdy, kto Jurka spotkał, przyzna mi rację. Wulkan energii, zawsze z sercem dla dzieci, zahartowany, pełen humoru.
W licealnej drużynie nie grałem zbyt długo. Chyba góra dwa lata. Nie wiem, czy Jerzy mnie z tamtych czasów pamięta – raczej niczym się nie wyróżniałem. No, raz jako bramkarz rzuciłem się pod nogi jednego z zawodników, który zamiast trafić w piłkę, trafił prosto w mój nos.
Minęło kilkanaście lat. Podczas rozmowy z kolegą Łukaszem Dudkiem wpadliśmy na pomysł zorganizowania charytatywnej ligi piłkarskiej. Razem z Darkiem Opoką ze Stowarzyszenia „GTW” poszliśmy do Jurka po radę i pomoc. Jurek nas przyjął, wysłuchał, potraktował poważnie. Z początkowych kilku drużyn – zrobiło się prawie trzydzieści. Liga generuje dochód, który przekazujemy na wsparcie osób potrzebujących.
Nigdy nie zapomnę tego, że Jurek nam wówczas zaufał. Czasem wystarczy odrobina wsparcia i można zrobić duże rzeczy. Dla mnie Jerzy Wojewódzki jest wzorem człowieka oddanego sprawie.
Środowisko futsalowe w Gliwicach jest chyba najbardziej prężne w Polsce. Wydaje mi się, że miasto powinno nieco bardziej zwrócić na to uwagę. Jest się czym chwalić.
• • •
Ludzie bezdomni
Poza epizodem z LOP, biernym uczestnictwem w działaniach Carbo Gliwice i grą w lidze piłkarskiej u Jurka Wojewódzkiego nie wykazywałem żadnych aktywności obywatelskich czy społecznych – ani w podstawówce, ani w liceum. Nie należałem do ZHP, nie byłem ministrantem, nigdy nie piastowałem żadnej funkcji w klasie. Kojarzę jednak, że jakąś tam wrażliwość społeczną miałem. Jeżdżąc na studia, czasami dawałem jedzenie osobom mieszkającym na „starym” katowickim dworcu. W Gliwicach kolegowałem się – nie wiem, czy to nie za duże słowo – z dwiema osobami bezdomnymi, Mirkiem i Adamem.
Na komputerze mam zapisany plik z datą 6 grudnia 2004 r. Plik nosi nazwę „Ludzie spod Tesco”. Jest to reportaż, który 14 lat temu napisałem o Mirku i Adamie. Pamiętam, że obu tekst bardzo się spodobał. Kilka lat później wrzuciłem ów tekst na nieistniejące dziś internetowe forum zespołu Pidżama Porno i Strachy na Lachy. W tamtym czasie kolegowałem się – również nie wiem, czy to nie za duże słowo – z Krzysztofem „Grabażem” Grabowskim, wokalistą i liderem PP oraz SNL. Grabaż jest znaczącą postacią dla Stowarzyszenia „Cała Naprzód” – napiszę o nim i o samym stowarzyszeniu nieco więcej przy innej okazji. Wrzucony na forum tekst zatytułowany był „Ludzie spod Tesco”.
Na wydanym w 2010 roku albumie SNL „Dodekafonia” znajduje się piosenka „Chory na wszystko”. Grabaż śpiewa: „Nigdy nie będziemy, jak Bonnie i Clyde – ani orłem, ani reszką / Będziemy jak ten deszczowy maj, jak ci wszyscy brzydcy ludzie z Tesco”. Przypadek? Może.
Adam
Moja znajomość z Adamem była bardziej zażyła niż ta z Mirkiem. Kilka razy zaprosiłem go do domu, zanosiłem mu buty na zimę, rzeczy do ubrania. Któregoś dnia poprosił mnie, żebym „poręczył” za niego przy podpisywaniu umowy z operatorem komórkowym. To już było poważne zobowiązanie. Dla mnie – zbyt poważne. Odmówiłem. Znajomość zaczęła się rwać. Nie potrafiłem mu pomóc, nie znałem całego systemu wsparcia osób bezdomnych. Gdyby teraz poprosił mnie o coś podobnego, również bym odmówił, ale może potrafiłbym go lepiej ukierunkować. Kilka miesięcy, może lat po tym, jak nasza znajomość się urwała, kolega powiedział mi, że Adam nie żyje. Wydaje mi się jednak, że później jeszcze go widziałem. Gdyby ktoś kiedyś spotkał osobę bezdomną bez lewej dłoni – być może to właśnie Adam. A może nie jest już osobą bezdomną…
Predator
Jeszcze jedno doświadczenie związane z bezdomnością dotyczy ojca mojego znajomego. Razem z kolegami nazwaliśmy go „Predator”. Pseudonim związany jest z pewną historią. Któregoś dnia wybraliśmy się z kolegami na spacer do pobliskiego lasu. W pewnym momencie w krzakach zaczęło się coś mocno poruszać. Kolega stwierdził: „To Predator”. Ale z krzaków wyczołgał się pijany ojciec znajomego. To właśnie alkoholizm uczynił z niego osobę bezdomną. Nadal czasem spotykam go w Gliwicach.
Pomoc bezdomnym
Jeżeli chodzi o system wsparcia – w Gliwicach osobom bezdomnym pomaga Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta. Jest to katolicka organizacja dobroczynna działająca od 1981 roku. Posiada status organizacji pożytku publicznego. Jak czytamy na Wikipedii – Towarzystwo, dzięki staraniom wrocławskiego prawnika Lecha Paździora, zostało zarejestrowane 2 listopada 1981 roku, a pierwsze schronisko uruchomiono w Wigilię 1981 roku. Jako opiekun z pierwszymi 11 bezdomnymi zamieszkał brat Jerzy Marszałkowicz. Prezesem gliwickiego koła jest Jan Sznajder.
Inną organizacją działającą na rzecz osób bezdomnych z Gliwic i okolic jest Fundacja Zacisze Grażyny. Fundacja prowadzi ośrodek dysponujący ok. 80 miejscami noclegowymi. Fundatorem organizacji jest Zbigniew Sadowski, a prezesem Grażyna Sadowska.
Na rzecz osób bezdomnych działa też m.in. Ignacy Dudkiewicz, redaktor naczelny publicystyki ngo.pl. Byłem pod dużym wrażeniem jego wystąpienia na ostatnim OFIP-ie.
• • •
Andrzej – skok
18 lipca 2005 roku Andrzej skoczył do wody „na główkę”. Niecałe dwa tygodnie później miał skończyć 24 lata.
Na brzeg wyciągnęli go koledzy. Z Gliwic, gdzie zdarzył się wypadek, do Sosnowca, gdzie w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym Nr 5 im. św. Barbary spędził przeszło dwa miesiące, został zabrany śmigłowcem. Na operację czekał trzy albo cztery dni. Z obu stron czaszki przytwierdzono mu śruby, z tyłu czaszki – ciężarek. Wieziono go korytarzem. Widział sufit, bez ścian po bokach. Nie przypomina sobie żadnych smaków, zapachów. Chciał mówić, nie mógł. Słyszał własny niewyraźny szept.
Na Oddziale Intensywnej Terapii przebywał około tygodnia. W okolice klatki piersiowej wbito mu rurę. Miał wrażenie, że rura włożona była w serce. Nieco później dowiedział się, że to drenaż jamy opłucnej.
Z OIOM-u zabrano go na zwykłą salę. Ten sam szpital, dwa piętra niżej. Leżał bez ruchu. Cewnik do pęcherza. Kroplówka. Na szyi kołnierz ortopedyczny. Co jakiś czas zastrzyki, lekarstwa. Raz dziennie bierne ćwiczenia. Fizjoterapeuta przez godzinę poruszał jego rękami i nogami. I oklepywanie pleców, żeby w drogach oddechowych nie zalegała wydzielina.
Stopniowo zaczęto go pionizować przy pomocy specjalistycznego łóżka. Spadało mu ciśnienie, mdlał. Najpierw, gdy łóżko osiągało kąt 30 stopni, później 35, 40. Uczono go siadania. Pamięta, że po około 7 tygodniach lekarz powiedział, że nie wierzy, iż będzie potrafił usiedzieć 4 minuty. Usiedział.
W Szpitalu w Sosnowcu przebywał ponad dwa miesiące. Od 18 lipca do 27 września 2005 roku. Z Sosnowca trafił do Górnośląskiego Centrum Rehabilitacyjnego „Repty”, gdzie spędził kolejne cztery tygodnie. Po tym okresie wrócił do domu – do Gliwic. Do kamienicy na czwartym piętrze, bez windy.
W 2007 roku Urząd Miejski w Gliwicach zezwolił na zamianę najmowanego lokalu. Andrzej miał się przeprowadzić do mieszkania położonego na parterze. Lokal wymagał jednak generalnego remontu.
Część środków na materiały budowlane przeznaczyło miasto. Remont przeprowadzano w całości własnymi siłami – pomagali przyjaciele. Wielu z nich wyjeżdżało wówczas na zarobek za granicę – takie to były czasy. Jednak mimo że prace parokrotnie wstrzymywano na dłuższy okres, perspektywa przeprowadzki na wiosnę 2009 roku była jak najbardziej realna.
Z początkiem listopada remontowane mieszkanie zostało obrabowane. Skradziono kafle i panele – nawet te położone. Zabrano narzędzia. Wyniesiono nowe skrzydła drzwi, wannę, krany i zakupioną ze środków miejskich kuchenkę gazową. Ze ścian wyrwano kontakty. Co więcej – w niemal wszystkich oknach wybito szyby, inne zaś skradziono łącznie z futryną.
Razem z grupą kolegów postanowiliśmy Andrzejowi pomóc. To był początek Stowarzyszenia „Cała Naprzód” i mojego zaangażowania w trzeci sektor. Prawdziwego zaangażowania.
Łukasz Gorczyński