Niezwykle cieszy podjęcie tematu zatrudnienia w organizacjach pozarządowych (Kto (nie) chce rozmawiać o zatrudnieniu w organizacjach?). To problem, który rzeczywiście wymaga poważnej rozmowy o kondycji polskich organizacji pozarządowych i istocie ich działania. Niestety, jak dotąd obie strony traktują problem w sposób bardzo powierzchowny – jak zwykle pracownicy żądają, pracodawcy mówią, że nie mają skąd wziąć. Rozwiązanie wydaje się proste – zmusić budżet państwa, by dawał więcej… Moim zdaniem, nie jest to jednak aż tak proste.
Podstawowym problemem jest to, co stanowi o istocie organizacji (o ich wyjątkowości), tzn. brak tradycyjnego właściciela. Pracodawcą są albo tacy sami pracownicy (a więc ze zrozumiałych względów rozumieją potrzeby pracowników, bo jadą na tym samym wózku – ten układ podobny jest raczej do spółki pracowniczej niż do organizacji społecznej), albo społecznicy, którzy w imieniu właściciela po godzinach nadzorują i odpowiadają za pracę tych, którzy za to biorą pieniądze. Pytaniem pozostaje, kto w organizacjach pozarządowych jest tym właścicielem, krwiopijcą, który kosztem własnych zysków ogranicza prawa pracownicze? Jeżeli organizacja jest naprawdę społeczna (tzn. nie jest formą samozatrudnienia się kilku osób), to jej współwłaścicielem jest społeczeństwo (przepraszam za górnolotność, ale tak jest w istocie). Jeżeli źle się gospodaruje w firmie prywatnej, to w dużej mierze kosztem właścicieli, jeśli w organizacji pozarządowej, to kosztem społeczeństwa. Bo im lepiej, im oszczędniej działa organizacja, tym zyski społeczeństwa są większe. Nawet w fundacji? – zapytacie. Nawet w fundacji. Jeżeli fundator przeznaczył swoje pieniądze na społeczny cel i wszystko wydał na własną pensję, to społeczeństwo dostało tylko to, co on zrobił „za kasę”, a on sam społeczeństwu nic nie dał (czyli taki z niego społecznik, jak z koziej… trąba). A w stowarzyszeniach? W stowarzyszeniach (podobnie zresztą jak to powinno być w spółdzielniach) własność nie jest prostą własnością członków. Staje się własnością społeczną (własnością zarządzaną grupowo), a majątek stowarzyszenia – nawet przy jego rozwiązaniu – powinien być przekazany na cele społeczne.
Kto więc ma pilnować w organizacjach, aby pensje nie były wygórowane, aby pracownicy za otrzymane pieniądze wykonywali ekwiwalentną pracę (co jeżeli ktoś, kto jest na etacie w projekcie, ma pracy mniej niż na etat?) itp. Pamiętajmy, że tu odpowiedzialność często jest podwójna – za pieniądze publiczne (marnotrawstwo jest tu, jeśli nie przestępstwem, to grzechem wobec społeczeństwa) i za wkład organizacji w rozwój społeczny. Kto za to odpowiada i przed kim? Najczęściej pracownik sam przed sobą, bo w sprawozdaniach i tak tego dobrze nie widać.
Cieszę się jednak, że po stronie pracowników występuje Magdalena Chustecka. Pamiętam (i mam nadzieję, ona także) jej początki pracy w organizacji. Ktoś społecznie zdobył pieniądze, aby ją zatrudnić. Dał jej wolną rękę do działania i rozwoju (przy zatrudnieniu w firmie prywatnej raczej nie do wyobrażenia). Takich „zysków” (ale i niebezpieczeństw) w pracy w organizacjach jest więcej [opisywałem to kiedyś dla MPiPS]. Mam jednak nadzieję, że walcząc o prawa pracownicze, nie doprowadzimy do tego, że nie będzie różnicy między pracą w organizacji i korporacji.
Dla tych, którzy chcieliby dyskutować na ten temat, publikacja pokazująca problem działalności społecznej (i zatrudnienia) od innej strony niż podejście tradycyjne: