We wczesnych latach cielęcych siostra mojej matki znana była z tego, że kiedy ktoś szturchnął ją, popchnął, czy wręcz uderzył, zwykła się upewniać: „pobiłeś czy poklepałeś?” I w zależności od odpowiedzi albo zalewała się łzami rozpaczy, albo przechodziła nad zdarzeniem do porządku dziennego. Co istotne, siła ciosu nie miała dla poszkodowanej żadnego znaczenia.
Taką oto moc ma informacja, a właściwie komentarz. Nieważne jak jest, ważne, jak się nam to poda. Każde wydarzenie można zaserwować jako wykwintny deser po sytym obiedzie, byle jaką zupinę dla bezdomnych, czy nawet ostatni posiłek skazańca. Na naszych oczach stale odbywa się ostatnio taka żonglerka – niby to samo, a jednocześnie coś całkiem innego, wystarczy tylko popstrykać pilotem. Nauczyliśmy się zatem uważać przede wszystkim na to, KTO podsuwa nam danie. „Nasi” czy „tamci”. Ci, którzy tradycyjnie czerpią wiedzę o świecie ze źródeł oswojonych – ulubionego programu telewizji czy radia lub kupowanej od lat gazety, dociekaniu, kto serwuje im informacje, nie poświęcają zazwyczaj czasu i uwagi, ale są i tacy, którzy widząc, jak spolaryzowały się stanowiska (można by rzec – stanowiska strzelnicze), jak bardzo gazety czy programy informacyjne okopały się po jednej czy drugiej ze stron dzielącego Polskę sporu, nie starając się już nawet sprawiać wrażenia obiektywnych, postanowili sami poszukiwać informacji – oczywiście w sieci, dość naiwnie zakładając, że pozwoli im to na w miarę obiektywny ogląd świata i zachowanie jakiej takiej niezależności intelektualnej. Nawet oni jednak inaczej patrzą na wiadomości płynące z różnych portali, zazwyczaj też wybierają prędzej czy później swoich ulubionych blogerów politycznych, felietonistów i innych komentatorów zdarzeń, choćby i tych, którzy desperacko próbują siedzieć na barykadzie okrakiem, nawet oni po jednych spodziewają się raczej prawdy, po drugich zaś – raczej kłamstwa, czyli w istocie oni również oglądają świat cudzymi oczami.
Tak oto odklejamy się od rzeczywistości, coraz mniej ważne staje się to, jak jawi się ona naszym oczom, coraz ważniejsze – jak widzą ją inni. Odklejamy się zatem, można by rzec, od samych siebie.
I nie uratuje nas raczej zmiana pokoleniowa, na którą niektórzy czekają z nadzieją. Każdy, kto ma kontakt z uczącą się dziatwą, wie, o czym mówię. Młodzież już w ogóle nie czyta lektur i trudno jej się dziwić – z punktu widzenia wymagań szkolnych to całkowita strata czasu i wysiłku, czyta, jeśli już naprawdę musi, bryki i opracowania. Bez komentarza jest bezradna jak dziecko we mgle, bowiem nie wie, czy to, co czyta, jest dobre, czy złe, i co poeta chciał powiedzieć w czwartej zwrotce. A szkoła przecież punktuje – w swojej manii testowej – odpowiedź właściwą (czytaj – oczekiwaną), nie własną.
Taka masowa abdykacja ze stanowiska osoby, która sama dopracowuje się swoich poglądów i sama za swoje poglądy jest odpowiedzialna, nie jest bynajmniej specjalnością polską (vide referendum w sprawie Brexitu i wyraźne zagubienie jego uczestników, którzy, jak się teraz okazuje, nie bardzo wiedzieli, za czym głosują), co więcej, dotyczy nie tylko przekonań natury intelektualnej, ale także sfery gustów, o których podobno się nie dyskutuje, bo każdy ma własne. No, właśnie nie wiem, czy każdy…
Pisał niegdyś poeta o afiszu na katastrofalnej ulicy Sarg: „Najlepszy tusz do rzęs DWIE PROZERPINY”. Hasło niekoniecznie godne zaufania, ale proste, odwołujące się do jakości. Najlepszy to najlepszy. Dziś reklama tuszu kusi czymś tak wyrafinowanym, jak „efekt sztucznych rzęs!” I każdy to łyka bez mrugnięcia – pomalowanym lub nie – okiem, choć trzeba pewnej intelektualnej hm… nieuwagi, by to, co podane jako zachęta, rzecz godna polecenia, piękno w czystej postaci (bo przecież na tym właśnie polega reklama), za takie bezkrytycznie uznać tylko dlatego, że tak zostało podane.
Ktoś powie – kiepski przykład, sztuczne rzęsy to jeszcze nie koniec świata, każdy ma prawo do własnego gustu, autokreacji (z samoobrzydzaniem się włącznie), do sztuczności wreszcie. Właściwie prawda. Kreatywnym twórcom reklam podrzucam zatem (za drobną gratyfikację w razie wykorzystania się nie obrażę) hasło reklamujące szampon: „Efekt peruki!”, i jeszcze jedno, bardziej uniwersalne – może się przydać jednocześnie do zachwalania rajstop i pasty do zębów: „Efekt protezy!”. Chciałabym wierzyć, że tego już lud nie kupi…
No dobra, kupujemy w ciemno co nam chcą wcisnąć i… Pytanie czy to my jesteśmy głupi bo dajemy się nabrać, czy oni nam to wciskają bo my chcemy być nabierani