AntyUniwersytet – opis kursu „Feminizm – podstawy”
Feminizm – temat inny niż inne?
Więc tak, decyzja o wyszukaniu i zebraniu tekstów, które stanowiłyby wprowadzenie do feminizmu, została wprowadzona w czyn. Wydawało mi się, że taki kurs z jednej strony dobrze się będzie wpisywał w problematykę poruszaną dotychczas w kursach antyuniwersyteckich – dotykając zarówno historii ludzkich działań społecznych, jak i spraw, które są dla nas ważne dzisiaj, z drugiej – ma szansę wypełnić pewną istotną lukę w opowieści o próbach urządzenia lepszego, sprawiedliwszego świata, jaką dotychczasowe kursy budują. AntyUniwersytet wydał mi się też szczególnie dobrą formą podjęcia tego tematu. Tym, co mnie najbardziej od początku pociągało w idei AU, jest możliwość podejścia do wspólnie zdobywanej wiedzy w sposób osobisty. Dzięki czemu nie tylko przyglądamy się pewnym procesom społecznym, ruchom, zmianom, a także ludziom, którzy te zmiany postulują czy o nie walczą, ale też mamy szansę, czy wręcz stajemy przed koniecznością, zadania pewnych istotnych pytań sobie samym (i sobie nawzajem).
Być może ta właśnie cecha AU, w połączeniu ze szczególnym charakterem tematyki kobiecej, spowodowała, że ogłoszenie o otwarciu kursu na temat podstaw feminizmu spotkało się z niespotykanym jak dotąd odzewem (zgłosiło się w sumie 21 osób, co wymusiło podział chętnych na dwie grupy), być może ta sama cecha sprawiła jednak również, że w komentarzach pojawiły się w niespotykanym chyba dotąd natężeniu emocje (wyraźnie widoczne choćby w silnie emocjonalnym języku) i zapewne te właśnie emocje spowodowały ostatecznie wykruszenie się znacznej części uczestników, a właściwie wszystkich niemal uczestniczek kursu (że taki był powód, to jedynie domysł, dość skąpa informacja zwrotna nie pozwala mieć w tej kwestii pewności).
Początkowy sukces frekwencyjny wskazuje, moim zdaniem, na to, że podjęta tematyka jest w jakiś sposób wyjątkowa. Na pewno wiele osób uważa ją za ważną (choć pewnie z różnych względów), wiele też, jak sądzę, uświadamia sobie, że ich wiedza w tym obszarze jest niewystarczająca. Ten brak wiedzy wynikać może między innymi ze specyficznego charakteru problemu feminizmu, z którym wiążą się właśnie silne emocje – opinie, które go dotyczą, są silnie spolaryzowane, a stanowiska zantagonizowane. Nie bez znaczenia jest przy tym fakt, że zarówno sam feminizm jako pewna idea, jak i osoby, które przez jego pryzmat patrzą na świat i w swoich działaniach nim się kierują (te osławione feministki) są w powszechnym odbiorze wyraźnie zestereotypizowane, a stereotypowa rola, jaka im przypadła, utrudnia ich poważne traktowanie. Tak więc potoczna wiedza o feminizmie zatrzymuje się na ogół na kilku utrwalonych kliszach, sztampowych, uproszczonych wyobrażeniach i stąd, być może, tak duża liczba osób, które zgłosiły gotowość poszerzenia swojej wiedzy w tym obszarze.
Być może z tego wynikła jednak również końcowa frekwencyjna klapa kursu. Od początku jasne wydawało mi się, że jedynym sposobem na przekroczenie stereotypów, które zamykają umysł, uniemożliwiając rozumną dyskusję, jedyną szansą na głębsze zrozumienie zarówno problemów, z jakimi mierzy się feminizm, jak i różnego rodzaju kontekstów, w jakich można je rozważać, oraz prób działań podejmowanych dla ich rozwiązania, jest poszerzenie wiedzy i wynikające stąd wprost poszerzenie perspektywy – podejście uwzględniające wydarzenia i procesy historyczne, przemyślenia osób w sposób szczególny zaangażowanych w problem, ale także swego rodzaju „optyka empatyczna”, spojrzenie na ten problem przez pryzmat motywacji, myślenia i działania osób, których bezpośrednio on dotyka, a które być może są w znacząco innej sytuacji niż my sami, podlegając znacząco innemu niż my codziennemu doświadczeniu, innym niż znane nam zewnętrznym i wewnętrznym ograniczeniom.
I to poszerzenie perspektywy, trzeba przyznać wprost, nie bardzo się chyba powiodło. Wśród komentarzy obok głosów uznania dla walki kobiet o ich prawa wybrzmiały mocno te, które udowadniały, że funkcjonujący powszechnie stereotyp feminizmu i w ogóle walki o prawa kobiet jako pewnej aberracji („stawiania wszystkiego na głowie”) jest po prostu uzasadniony, „jest prawdą”, zabrakło natomiast mocnych głosów, które poddałyby taką, przyznajmy – dość potoczną, opinię w wątpliwość, inaczej mówiąc – zabrakło dyskusji. Jedyna podjęta próba zakończyła się wycofaniem się z kursu uczestniczki, która uznała, że jej komentarze są wyśmiewane.
Wolność, równość, braterstwo – nie dla wszystkich
Logika wyboru tekstów do kursu na pierwszy rzut oka wydaje się oczywista – idziemy bowiem od tekstów najstarszych ku najnowszym. Nie można tu jednak mówić o zwykłym dokumentowaniu linearnego rozwoju, postępu w kwestii walki o prawa kobiet, dokonującego się wraz z postępem cywilizacyjnym i rozwojem społeczeństw. Są wśród wybranych fragmentów takie, które odnoszą się rzeczywiście do kolejnych kroków w kierunku równości, są jednak i te, które dokumentują swego rodzaju fale wsteczne, kroki w tył, co sugerowałoby, że walka o prawa kobiet nie tylko się nie kończy, ale też rzeczywiście jest walką – nie stałym, ewolucyjnym poszerzaniem świadomości społecznej na temat równości, ale właśnie walką – w której można wygrać, ale też w której się czasem przegrywa.
Nie bez powodu dwa teksty otwierające kurs – Deklaracja Praw Kobiety i Obywatelki Olimpii de Gouges z 1791 roku i zestawienie fragmentów dwóch tekstów – „Dylematów feminizmu” Aleksandry Jasieńskiej i artykułu Daniela Grinberga „Stowarzyszenia obywatelskie jako siła reformatorska w dziewiętnastowiecznej Ameryce” – to teksty o szczególnych warunkach, w jakich budzi się świadomość dyskryminacji. Pierwszy z nich – jak się okazało, nadspodziewanie aktualny, choć ponaddwustuletni – powstał w czasie Wielkiej Rewolucji Francuskiej – w szczególnym momencie dziejowym, kiedy to wolność i równość uznano za wartości najwyższe, warte walki o gruntowną zmianę dotychczasowego świata. Jednocześnie jednak, rozszerzając prawa polityczne na grupy, które dotąd były ich pozbawione (np. protestantów czy Żydów), rewolucjoniści pominęli grupę nieporównanie liczniejszą, stanowiącą połowę społeczeństwa – kobiety, notabene aktywne uczestniczki rewolucji. Sarkastyczna w istocie Deklaracja Olimpii de Gouges, wzorowana – punkt po punkcie – na przyjętej wówczas Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, jest efektem gorzkiego rozczarowania autorki wolnościową i równościową, jak byśmy dziś powiedzieli, narracją, której nieadekwatność w szczególny sposób uwypukla prosty fakt, że w czasach zachłystujących się równością i prawami człowieka kobiecie odmawia się w istocie człowieczeństwa. Im więcej mówiono o prawach przyrodzonych człowiekowi, im silniej podkreślano ich wagę i wartość, tym wyraźniej wykazywano, że kobietom odmawia się w istocie przynależności do rodzaju ludzkiego. Gouges nie tylko obnaża hipokryzję głównych haseł rewolucji, ale także, pisząc: „Konstytucja nie ma ważności, jeśli większość jednostek, które tworzą Naród, nie uczestniczyła w jej redagowaniu”, podważa właściwie same podstawy nowego ładu, kwestionuje legitymację nowej władzy.
Nie sposób nie dostrzec tu pewnej zbieżności z wydarzeniami opisanymi w kolejnym tekście kursu – złożonym z fragmentów artykułów poświęconych narodzinom i działaniom kobiecego ruchu emancypacyjnego w Stanach Zjednoczonych, ruchu zainicjowanego przez abolicjonistki, które w 1840 r. „nie zostały dopuszczone do udziału w światowej konferencji abolicjonistów w Londynie, gdzie domagano się zniesienia niewolnictwa, lecz uznano, że nie jest to pole działalności społeczno-politycznej właściwe dla kobiet”. I znów – uczestnicy zjazdu, najbardziej postępowi obywatele, oburzeni niewolnictwem jako „największą plamą na sumieniu zbiorowym Ameryki”, nie mają żadnego problemu z dyskryminowaniem towarzyszących im w walce o zmazanie tej plamy kobiet. I znów – mając usta pełne pochwały praw przysługujących każdemu człowiekowi, pełne wolności i równości, uznano, że kobiet te prawa, ta wolność i ta równość nie dotyczą.
Nie dziwi, że właśnie w tych szczególnych, rewolucyjnych momentach, kiedy kwestionowane są uświęcone tradycją stosunki między ludźmi, kobiety dostrzegają z całą jaskrawością, w jak niesprawiedliwej, jak pośledniej pozycji w społeczeństwie się znalazły. I oto mamy do czynienia z kolejną Deklaracją (notabene również mającą pierwowzór – tym razem amerykańską Deklarację Niepodległości). W 1848 r. na zjeździe feministek amerykańskich w Seneca Falls uchwalono bowiem „Deklarację odczuć” (Declaration of Sentiments) i zażądano pełnego równouprawnienia, swobody wystąpień publicznych, ochrony praw matki do dziecka oraz dopuszczenia kobiet do wszystkich profesji i instytucji edukacyjnych. Hasła emancypacji kobiet w tym samym okresie – rewolucyjnym okresie Wiosny Ludów – pojawiają się także w większości krajów Europy Zachodniej.
Nic poniżej zwycięstwa
Kolejny tekst kursu – opublikowany w „The Guardian” w roku 2013 artykuł Kiry Cochrane „Dziewięć inspirujących lekcji, jakich dzisiejszym feministkom mogą udzielić sufrażystki”, poświęcony sufrażystkom brytyjskim – to tekst o tym, jak uświadomiona niesprawiedliwość, niezgoda na dyskryminację stają się paliwem prawdziwej, dosłownej walki. To mocny tekst o sposobach tej walki i – zwłaszcza – determinacji, z jaką była prowadzona. A także o bezwzględnych metodach, jakimi wystąpienia kobiet domagających się prawa głosu próbowano stłumić. Determinacja ludzi, którzy gromadzą się wokół pewnych podstawowych wartości, tak dla nich ważnych, że gotowi są zaryzykować w ich obronie nie tylko swój majątek, rodzinę, pozycję społeczną, ale także własne zdrowie czy życie, znana jest z historii, wielokrotnie opisywana i podziwiana. Kobiety walczące o swoje prawa ryzykowały szczególnie. Publiczne ośmieszenie bywa bardziej bolesne niż rany odniesione w bitwie, brak wsparcia i zrozumienia ze strony najbliższych, odebranie możliwości wychowywania własnych dzieci, utrata wizerunku „przyzwoitej kobiety”, wypchnięcie poza margines społeczności to naprawdę cena niemała. Za tymi bojowniczkami nie szedł nimb chwały, ordery i szacunek ludzki, spotykał je ostracyzm społeczny, przemoc fizyczna (więzienie, tortury) ze strony aparatu państwa, ale też przemoc werbalna czy symboliczna ze strony współobywateli, także innych kobiet.
Ta ofiarna walka trwa aż do zwycięstwa. Jak pokazuje jednak dalsza historia, było to zwycięstwo gorzkie, cel – jakim było zdobycie dla kobiet praw obywatelskich, przede wszystkim prawa głosu w wyborach – okazał się być celem sformułowanym zbyt wąsko. Z punktu widzenia celu podstawowego, jakim jest równość kobiet i mężczyzn, zmiana wywalczona przez sufrażystki była w praktyce daleko niewystarczająca – nie poprawiła w istotny sposób ani losu kobiet, ani ich możliwości brania udziału w życiu publicznym, nie zmieniła także tego, co najważniejsze, panujących powszechnie przekonań co do roli i miejsca kobiety w społeczeństwie. Co więcej, historia pokazuje, że nawet i te zdobycze, które udawało się w kwestii równouprawnienia kobietom wywalczyć, okazywały się nie być wywalczonymi raz na zawsze. Jedną z takich fal wstecznych obrazuje kolejny tekst kursu.
Szoruj piekarnik i bądź z tego dumna
„Mistyka kobiecości” Betty Friedan to książka, która zrobiła prawdziwą karierę, nie tylko dokumentując zjawisko masowego powtórnego „udomowienia” kobiet w czasach słynnego amerykańskiego baby boomu, ale też będąc katalizatorem realnej zmiany społecznej. Niemal od razu rozeszła się w ponadpółtoramilionowym nakładzie, a w 1966 roku – trzy lata po jej wydaniu – Friedan stanęła na czele NOW (National Organization for Women), kobiecego ruchu, który wkrótce miał się stać największą i najbardziej wpływową organizacją feministyczną w Stanach Zjednoczonych. Popularność książki Friedan, jej atomowa siła rażenia, wynikała w dużej mierze stąd, że kobiety – ze wszystkich stron osaczone przez tytułową mistykę kobiecości, ideologię ograniczenia aktywności kobiet do kręgu domowego, wieloraką kulturową presję – czytają w niej o samych sobie, językiem własnego codziennego doświadczenia. Kiedy po II wojnie światowej do USA wróciło 16 milionów weteranów, okazało się, że pod ich nieobecność sytuacja społeczna uległa niemałym zmianom, kobiety znacznie się usamodzielniły, masowo weszły na rynek pracy, podejmowały – także w rodzinie – role do tej pory zarezerwowane dla mężczyzn. Reakcją na te zmiany była zmasowana promocja nowego ideału kobiecości. Politycy, duchowni, kultura popularna, reklamy, czasopisma, filmy, wypowiedzi autorytetów w różnych dziedzinach przekonywały kobiety, że „ich przeznaczeniem, którego powinny pragnąć nade wszystko, jest chluba z własnej kobiecości. Eksperci radzili, jak złapać faceta i go przy sobie zatrzymać, jak karmić dzieci piersią i nauczyć je korzystać z toalety, jak poradzić sobie z rywalizacją między rodzeństwem i buntem nastolatków, jak kupić zmywarkę, piec chleb, przyrządzać wykwintne ślimaki i zbudować basen własnymi rękami; radzili, jak się ubierać, wyglądać i zachowywać się bardziej kobieco oraz jak dodać szczypty pikanterii małżeństwu; jak chronić męża przed przedwczesną śmiercią, a synów przed zejściem na złą drogę. Uczono je, że powinny głęboko współczuć neurotycznym, niekobiecym, nieszczęśliwym kobietom, które chciały być poetkami, fizykami czy prezesami. Nauczyły się, że prawdziwe kobiety nie chcą kariery, wyższego wykształcenia ani praw politycznych – nie chcą niezależności i szans, o które walczyły staroświeckie feministki”.
Szczególną zasługą Friedan wydaje się być wyartykułowanie prostym, soczystym językiem, że frontem walki o równość (czy z równością) może być także ludzki umysł. Z kolei słabością książki jest jej niewystarczająca uniwersalność, zawężenie opowieści do spraw kobiet pochodzących ze średniej i wyższych warstw społecznych. Ten tekst wywołał zresztą najwięcej chyba negatywnych uwag. Problemy kobiet, których mąż dobrze zarabia, a pracę w domu ułatwiają nowoczesne sprzęty gospodarstwa domowego, nie spotkały się ze zrozumieniem części komentujących. Wydaje się nawet, że z brakiem zaufania spotkała się sama teza o możliwości zewnętrznego wpływania na czyjeś przekonania czy wybory życiowe. A to już wydaje się niezrozumiałe. Z jednej strony w dzisiejszych czasach gwałtownych zmian związanych z wpływaniem – głównie poprzez media – na wielkie grupy ludzi (manipulowaniem nimi i ich poglądami dla własnych politycznych celów) podważanie samej możliwości takich działań dziwi, z drugiej – należałoby dostrzec, że w czasach, których dotyczy „Mistyka kobiecości”, przekaz kulturowy był znacznie mniej niż dziś różnorodny, z różnych względów, ale także z powodu charakteru ówczesnych mediów. Cokolwiek powiedzieć o internecie, na każdą opinię oferuje nam dziś dziesięć odmiennych.
Patriarchat w kontrnatarciu
O zjawisku reakcji świata funkcjonującego na zasadzie patriarchatu na postępy kobiet w drodze ku ich równemu traktowaniu szczegółowo opowiada książka Susan Faludi „Reakcja. Niewypowiedziana wojna przeciw kobietom” – której fragment stanowi kolejny tekst kursu. Jak pisze Agnieszka Graff, „Susan Faludi zebrała w swojej książce setki kulturowych opowieści i trendów, których zadaniem jest obrzydzić kobietom feminizm, przekonać je, że źródłem ich zmęczenia i frustracji jest nadmiar równości. Nie twierdzi bynajmniej, że wytropiła męski spisek – przeciwnie, ma świadomość, że opisuje pod wspólnym szyldem wiele zjawisk. Proponuje jednak, by zobaczyć w nich antyfeministyczny Zeitgeist, zinterpretować je jako reakcję lękową męskiej kultury, której dwie dekady wcześniej ruch kobiecy zadał bolesny cios”. „Reakcja…”, która odbiła się szerokim echem, stając się ważnym głosem dla tzw. trzeciej fali feminizmu, to książka, która podobnie jak przed nią „Mistyka kobiecości”, pomaga w rozszyfrowaniu kulturowych kodów, odczytaniu źródeł wielorakiego przekazu, którego celem jest w ostatecznym rozrachunku przywołanie kobiet do porządku. Tak jak Friedan, Faludi opisuje to, co tak powszechne, że aż niewidzialne, obrazując tym samym proces zakorzeniania się za sprawą kultury popularnej antykobiecych mitów i przesądów w codziennym życiu i, zwłaszcza, w umysłach – także, czy przede wszystkim, umysłach kobiet. „Działania reakcji są przeważnie rozproszone, zmienne, odwołują się do naszych zinternalizowanych odruchów i przekonań. Nie wszystkie objawy reakcji mają też jednakowy ciężar gatunkowy lub takie samo znaczenie: niekiedy są to efemerydy generowane przez maszynę kulturową, nieustannie poszukującą „świeżego spojrzenia”. Jednak wszystkie te szyfry, perswazje, szepty, pogróżki i mity prowadzą potraktowane całościowo zdecydowanie w jednym kierunku: starają się wepchnąć kobiety z powrotem w „akceptowalne” role – córeczki tatusia, rozszczebiotanej romantyczki, aktywnej budowniczki gniazda lub biernego przedmiotu miłości”. W oryginale tytułem i słowem kluczowym książki Faludi jest przetłumaczony na polski jako reakcja backlash – słowo, które na stałe weszło do języka (nie tylko angielskiego) na określenie wielokrotnie powtarzającego się w historii zjawiska, jakim jest zmasowana kontra, reakcja na zdobycze emancypacyjne, równościowe, opór tym silniejszy, im większy wpływ projekt równościowy zaczyna mieć na rzeczywistość.
Spojrzenie z marginesu i trzecia fala
Mnie osobiście wydało się, że ostatni tekst kursu, czyli fragment książki „Teoria feministyczna: od marginesu do centrum” bell hooks, został przyjęty przez komentujących studentów (studentki do niego niestety nie dotrwały) jakby z pewną ulgą. Być może napięcie związane z poprzednimi fragmentami wynikało w dużej mierze z ostrego przeciwstawiania dyskryminowanych kobiet dyskryminującym mężczyznom, nic więc właściwie dziwnego, że panowie, w tej dość niekomfortowej sytuacji, przyjęli pozycję obronną. W jednym z komentarzy kobiety (52% populacji!) nazwano nawet „wąską grupą interesu”, która żąda dla siebie jakichś szczególnych prerogatyw. Tymczasem hooks ten dychotomiczny podział wydaje się przekraczać. Czarny radykalny feminizm, jaki reprezentuje, ma być w założeniu ruchem uniwersalnym, reagującym na problemy nie tylko dyskryminowanych kobiet, ale też różnych grup wykluczonych – ekonomicznie, rasowo czy ze względu na orientację seksualną. Wydaje się, że ten szerszy cel społeczny zyskał większą przychylność komentujących niż cele feminizmu tzw. pierwszej czy drugiej fali, które koncentrowały się na przeciwstawieniu się dyskryminacji kobiet jako pewnej spójnej grupy (chociaż najczęściej adresowane były do białych kobiet z klasy średniej). Doświadczenie hooks – jako czarnej kobiety w USA – uświadomiło jej, że o ile czarni mężczyźni i białe kobiety znają zarówno stronę opresora, jak i opresjonowanego (raz z racji rasizmu, raz seksizmu), o tyle czarna kobieta zawsze jest w pozycji kogoś, kogo dotyka opresja, czyli, kto nie ma wyboru, jak definiuje to hooks. I wyciąga z tego wnioski: „Nie posiadając żadnego zinstytucjonalizowanego „innego”, którego mogłybyśmy dyskryminować, wyzyskiwać czy opresjonować, my, czarne kobiety, często posiadamy przeżywane doświadczenie bezpośrednio podważające dominujące struktury klasowe, seksizm i rasizm oraz zgodną z nimi ideologię. To przeżywane doświadczenie potrafi tak kształtować naszą świadomość, że nasz światopogląd będzie się różnił od świadomości tych, którzy mają jakiekolwiek przywileje, choćby nawet bardzo ograniczone w istniejącym systemie społecznym”. Hooks uważa, że ta szczególna pozycja czarnych kobiet sprawia z jednej strony, że wykształciły one w znacznym stopniu pewną istotną solidarność, z drugiej – daje im szczególną optykę, jaką jest ogląd rzeczywistości i rządzących nią praw ze społecznego marginesu.
Aneksem do ostatniego tekstu kursu „Feminizm – podstawy” był krótki opis sprawy Anity Hill, od której zaczęła się tzw. trzecia fala. W 1991 roku przesłuchiwano w senacie Afroamerykankę Anitę Hill, która oskarżyła o molestowanie pierwszego czarnoskórego kandydata do Sądu Najwyższego USA. Ze strony całej „postępowej Ameryki” oskarżenie to spotkało się z wielkim oburzeniem, jako próba powstrzymania wydarzenia, które miało mieć ogromną wagę dla przeciwstawienia się rasizmowi. Oskarżony – Thomas Clarence – wygrał, a oskarżająca została na oczach milionów telewidzów upokorzona. I wtedy nieoczekiwanie podniosła się ogromna fala solidarności z Anitą Hill, miliony kobiet wyrażały oburzenie lekceważeniem kobiecego doświadczenia, a efektem tego oburzenia było powstanie w 1992 r. organizacji o nazwie Third Wave Direct Action (później Third Wave Foundation).
Podsumowanie
Kurs „Podstawy feminizmu” odniósł sukces, można rzec, umiarkowany. Z 21 osób, które go rozpoczynały, do wszystkich tekstów odniosło się jedynie kilka, choć trzeba przyznać, że ci, którzy kurs ukończyli, byli uczestnikami niezwykle aktywnymi (mieliśmy okazję przeczytać wiele interesujących opinii i obserwacji). Przy czym byli to wyłącznie panowie (jedna studentka dołączyła później i ukończyła kurs na zasadzie eksternistycznej, nie biorąc udziału w ogólnych dyskusjach). Myślę jednak, że poza zestawem tekstów, które zapewne przydadzą się w następnej turze kursu, tym, co pozostało, jest szereg podstawowych pytań – o język dopuszczalny w dyskusji, o antyuniwersytecką etykietę, czyli o to, jak nasze dyskusje powinny wyglądać, czy w końcu o same podstawy idei AU – czemu uczestnictwo w kursach ma służyć: czy zaprezentowaniu na forum własnych poglądów w danej sprawie i umocnieniu się w nich, czy może raczej poszerzeniu wiedzy i perspektywy, dzięki gotowości zdekonstruowania i zbudowania na nowo dotychczasowych poglądów na podstawie nieznanych często wcześniej tekstów źródłowych, a także poglądów i opinii współstudentów. To proste pytanie o motywację naszego uczestnictwa w tej formie samokształcenia: czy potrzebujemy potwierdzenia naszych przekonań, okazji do ich wypowiedzenia lub obrony, czy też jesteśmy gotowi czegoś naprawdę się dowiedzieć – z tekstów lub komentarzy…