O konieczności napisania tego tekstu przekonał mnie wpis pod tekstem Propozycje zmian w regulaminie RDPP, w którym Piotr Choroś (sam członek RDPP ze strony samorządowej) pisze, że nie widzi „większego problemu z prowadzeniem konsultacji społecznych w tym samym czasie, co czekanie na opinię Rady”. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że nie mamy odrobionej lekcji z tego, po co jest dialog obywatelski, po co są konsultacje, a po co ciała konsultacyjno-doradcze. Przy okazji prac nad pomysłami dotyczącymi Rady Dialogu Obywatelskiego pojawiły się na asocjacje.org m.in. teksty Rada Dialogu – tworzymy bazę wiedzy (1), Rada Dialogu – tworzymy bazę wiedzy (2), Jak wybierać do Rady Dialogu Obywatelskiego? Jednak trzeba w końcu jasno postawić sprawę, bo inaczej sami wpadniemy we własne sidła. Będziemy konsultować, brać udział w tysiącach spotkań, głosowaniach itp. I nic z tego nie będzie wynikało.
Po co jest Rada?
Przyjmijmy, zgodnie z nazwą i umocowaniami ustawowymi RDPP, że Rada jest organem doradczo-konsultacyjnym. Co to w istocie znaczy? Oto minister chce zasięgać opinii grupy wybranych przez siebie osób. Oczywiście Rada może, jeśli uzna za stosowne, zwrócić Ministrowi na coś uwagę, ale zawsze musi się liczyć z reakcją w rodzaju „a kto Was o to pytał?”. Mądry minister pyta Rady, kiedy potrzebuje, minister najmądrzejszy nie pyta o nic. Sprytny i równocześnie najmądrzejszy minister pyta o cokolwiek, nie przejmując się odpowiedziami. Co robi mądra rada? Stara się doradzać jak może najlepiej, odpowiadać na pytania. Nie na wszystkie, bo na wszystkim się nie zna. Nie na te, które pojawią się przypadkiem. Stara się wykonać dobrą robotę. Głupia rada próbuje zadowolić ministra, zamiast namawiać go do sensownych działań. Akceptuje jego pomysły, zamiast mu poradzić, by się zastanowił, daje się wpuścić w kanał dyskusji nad sprawami, w których jej zdanie nikogo nie interesuje.
Co to są konsultacje?
To moment, kiedy mądra władza poddaje swoje pomysły pod osąd obywateli. Władza albo już przemyślała sprawę, ma pomysł i chce sprawdzić, czy przypadkiem nie przegapiła jakiegoś punktu widzenia, czy może umknęły jej jakieś skutki uboczne przygotowywanej decyzji; albo też, jeśli rozważa w jakiejś kwestii dwa lub więcej alternatywnych rozwiązań, sprawdza, co obywatele sądzą o każdym z nich, który preferują. Tak robi mądra władza. Głupia władza nie konsultuje wcale lub konsultuje decyzje, które już podjęła albo podejmie niezależnie od wyniku konsultacji.
Od rady do konsultacji i z powrotem
Jak powinna wyglądać ścieżka podejmowania decyzji? Minister widzi jakiś problem. Szuka możliwych rozwiązań (zbiera dane i np. radzi się Rady). Na tej podstawie przygotowuje pomysł decyzji. Tę konsultuje. Z Radą? A po co, Rada się już wypowiedziała. Z wszystkimi obywatelami. Zbiera wyniki konsultacji i jeśli ma problem (np. wyniki konsultacji są niejasne, trudno je zinterpretować), może znów zgłosić się do Rady po radę. Proste, prawda? Co jednak się dzieje, gdy nagle minister daje swoją propozycję decyzji i do publicznej konsultacji, i pod obrady Rady? To właśnie próbowałem pokazać: „Oznacza to, że albo Ministerstwo traktuje Radę na równi ze wszystkimi innymi organizacjami (tylko wtedy po co ta Rada?), albo uznaje stanowisko Rady, ale wtedy co z propozycjami zgłoszonymi w konsultacjach?”. Bo przecież ogólnie wiadomo, że dwa grzyby mogą najlepszy barszcz popsować