Wokół buzuje czarny protest, gdyby nawet ktoś wymyślił sposób na zmierzenie temperatury wkurzenia społecznego, zapewne przyrząd do mierzenia rozniosłoby w drzazgi, tymczasem ja postanowiłam – między demonstracjami, dla obniżenia ciśnienia – ustosunkować się do pewnego zjawiska językowego, którego przybieranie na sile obserwowałam od dawna – najpierw z niedowierzaniem, następnie ze zgrzytaniem zębami, a teraz już tylko z pełną melancholii rezygnacją. Zjawiskiem, które dostarczyło mi tylu wrażeń, jest nagminna praktyka pisania wszystkich niemal zaimków osobowych i dzierżawczych, a także, niejako awansem, wszystkiego, co do tych zaimków wydaje się podobne, dużą literą. Pisze jeden z drugim nie tylko – na przykład – „dam Ci w mordę”, ewentualnie „niech Cię szlag” (urocza galanteria, czyż nie?), ale też „jak Cię mogę” czy „przyszli Ci faceci od reklamy”. Tak oto zaznaczony językiem szacunek, grzeczne pochylenie głowy przed interlokutorem, swego rodzaju zapewnienie, że oto będziemy rozmawiać kulturalnie, domniemując wzajemnie dobrą wolę, przeradza się (by nie powiedzieć wyradza) w puste formy. To trochę jak z tym przecinkiem, który pomyślany jako (anioł) stróż porządku myśli, wylądował jako pospolity krawężnik z nakazem stania przed „który” i „że”.
A co w tym złego, że tu i tam pojawi się dodatkowa duża litera, że ten „szacunek” rozleje się szerzej, niż to przewidują słowniki czy zdrowy rozsądek – ktoś zapyta. Ano to, że im hojniej szafujemy grzecznościową formą, tym mniej w niej grzeczności, aż do momentu, kiedy nie ma już nawet śladu pamięci o szacunku, jest oderwane od jakiegokolwiek sensu – poza przekonaniem, że „tak się robi” – zachowanie rytualne, czyli takie, kiedy nie pyta się o sens, tylko o tradycję, zwyczaj. Pół biedy, kiedy ta tradycja koncentruje się na samej istocie gestu – jak np. grzeczność opisywana w Panu Tadeuszu – zrytualizowana, ale dla każdego inna, ktoś powie – niedemokratyczna, ale przecież konstruowana w odniesieniu do „biorcy”, każdego z osobna, nie do dawcy, który formalną „grzecznością” emanuje sobie w przestrzeń, osoby, względem których tę niby-grzeczność świadczy, mając w głębokim poważaniu.
I tak mi przyszło do głowy, że podobnie jest z szacunkiem do symboli narodowych, do przodków naszych, którzy w całym skomplikowaniu tego świata podejmowali decyzje o zachowaniach mniej czy bardziej heroicznych (albo też po prostu w te decyzje byli „ubierani”) – on też rozlał się jakby zbyt szeroko, i wciąż szerzej się rozlewa. A wielu skądinąd niegłupich ludzi nie widzi w tym nic złego, wychodząc z założenia, że szacunku do rzeczy wielkich nigdy dość. I nie trzeba tu od razu sięgać po przykłady (niestety z życia, nie z wyobraźni) osobników obwieszonych symbolami patriotycznymi zaczerpniętymi z czasów walki z faszystowskim najeźdźcą i jednocześnie nawiązujących do idei, gestów i znaków temuż to faszystowskiemu najeźdźcy właściwych. Nie trzeba przykładów ekstremalnych. Wystarczy wyobrazić sobie o jedną za dużo akademię ku czci, o jedną za dużo wielką literę mianującą kolejne słowo na słowo święte, o jeden za dużo metr – czy hektar – biało-czerwonego materiału. Tu ilość przekłada się – niejako wbrew pewnemu brodatemu klasykowi – na nijakość, tandetę. Następuje gwałtowna dewaluacja słów, gestów, emblematów. Po prostu sacrum na każdym rogu to już nie sacrum, to profanum. Po przekroczeniu pewnej masy krytycznej wielkie słowa i czołobitne gesty skazane są na śmieszność, z jednej strony na heroikomiczny dyszkant pośród wzniosłej pieśni, z drugiej – na zdrowy rebelaisowski rechot ludu. Czarny humor „smoleński” może tu być jaskrawym przykładem.
Dewaluację wielkich słów związaną z ich nadużywaniem, bolesny zanik treści w słowach, którymi się przerzucamy, można też zaobserwować w pożal się Boże debacie o aborcji. Ale o tym już zmilczę, bo ciśnienie znów mi się podnosi. A miało być o zaimkach…