Przez media przetacza się ostatnio kolejna fala fascynacji podpisami. Po żarcikach na temat tych, co to podpisują wszystko jak leci, dniem i nocą, nawet kota, którego ktoś dał im do potrzymania, powróciła dyskusja, kto i co podpisał lata temu i jakie były tego skutki. Jak widać, mały podpis może oznaczać duże kłopoty (potwierdzi to z pewnością niejeden frankowicz czy rozczarowany małżonek). A przecież podpisywanie się jest czynnością dość banalną, można rzec – codzienną, ja na przykład ostatnio właściwie co dzień kwituję odbiór listów poleconych (sezon na PIT-y), czasem też odpowiadam na apele o podpisanie jakiejś petycji (np. w obronie puszczy białowieskiej). W taki właśnie sposób trafiłam na Avaaz. To dziwnie wyglądające słowo (na początku, kiedy z tego adresu przychodziły do mnie wiadomości, uważałam je za spam albo i co gorszego i omijałam szerokim łukiem) oznacza z perskiego „głos”. I jest nazwą niezwykłej internetowej społeczności.
Ruch Avaaz liczy sobie niemal 43 miliony osób. Tylu jest tych, którzy wspierają, co najmniej swoim podpisem, kampanie w sprawach ważnych dla świata – w dziedzinie polityki, praw człowieka, ekologii, biedy. Na stronie Avaaz po stronie sukcesów ruchu wymienia się m.in. wpływ na uznanie przez społeczność międzynarodową państwowości palestyńskiej, prawną ochronę europejskich pszczół przed pestycydami, obronę ziem Masajów przed zakusami władz Tanzanii, zapobieżenie klęsce głodu w Birmie, kiedy to panująca junta nie wpuszczała po ataku cyklonu, w którym zginęło 200 tysięcy osób, międzynarodowych organizacji pomocowych z żywnością i lekami, sukcesy w walce z korupcją w Brazylii.
Trudno nie docenić skuteczności działań ruchu. Kiedy na przykład w Stanach Zjednoczonych pojawił się projekt prawa zezwalającego władzom na zamknięcie dowolnej strony internetowej, Avaaz, współpracując z innymi organizacjami, w trzy tygodnie zebrał trzy miliony (!) podpisów pod protestem, który przedstawił następnie w Białym Domu. Od projektu odstąpiono. Parlament Europejski wymienił petycję Avaaz, podpisaną również przez blisko trzy miliony osób, jako jeden z decydujących powodów ostatecznego odrzucenia traktatu ACTA.
Te liczby robią wrażenie. A jednak – przyznam – uczucia mam mieszane.
Bo czy coś, co właściwie nie wymaga wysiłku – pewnie nawet jednej kalorii nie spalimy ruszając długopisem czy wystukując kilka liter na klawiaturze, a zabierze nam to dosłownie kilka sekund – można uznać za wartościowe? Czy można naprawiać świat, nie dając z siebie niemal nic, żadnego wyrzeczenia, trudu, pracy? Lub choćby czasu? Czy zaangażowanie wirtualne może wystarczyć?
Jakieś dwa tygodnie temu odpowiedziałam na apel o podpisanie petycji do władz Pakistanu przeciwko tzw. zabójstwom honorowym – praktycznie bezkarnemu zabijaniu kobiet, które „zhańbiły” rodzinę, np. zakochując się w kimś, kogo same wybrały. Na stronie jest licznik głosów, pokazujący w czasie rzeczywistym, kto i z jakiego kraju właśnie podpisuje tę samą, co my, petycję. I muszę powiedzieć, że to strasznie wciąga. Te płynące strumieniem nazwiska i kraje, duże, „cywilizowane” i te z końca świata, maleńkie, egzotyczne. Mogłabym patrzeć i patrzeć. Oto jak wirtualna aktywność daje realne, rzeczywiste zadowolenie. Poczucie, że jest się częścią jakiejś większej całości, że proszę, ilu ludziom zależy, ilu myśli tak, jak ja, proszę, można zmienić świat na lepsze. To działa jak odtrutka na przygnębienie doraźnym mordobiciem politycznym, niepokój związany ze wzrostem we współczesnym świecie rozmaitych, coraz poważniejszych zagrożeń.
Żeby się nie zapędzać w patos – trzeba uczciwie przyznać, że to uczucie uczestniczenia w czymś dobrym, bycia po jasnej stronie mocy, wzmacniane jest przez mechanizm dobrze znany wielbicielom pstrykania folią bąbelkową czy grania w różne odmiany nieśmiertelnego tetrisa lub gry typu „trzy w jednym rzędzie”. Ośrodek nagrody w ludzkim mózgu reaguje po prostu na wyraźnie widoczny skutek naszych działań. Ekscytuje nas widok kolejnych przepływających nazwisk, możliwość liczenia głosów, których jest coraz więcej i więcej. Aż się prosi, by każdemu nazwisku towarzyszyło jakieś bum, brzdęk czy dzyń… Bo efekty dźwiękowe, jak udowodnili naukowcy, zwiększają przyjemność z gry. Sportowe emocje – zdążymy czy nie, pobijemy rekord czy się nie uda – nie należą chyba również do uczuć wyższych. No, ale przecież to działa. Niewiele nas kosztuje, a realnie wpływa na konkretne zmiany.
Moje ambiwalentne uczucia wynikają więc z tego, że „aktywizm internetowy” – istnieje takie hasło w wikipedii – łączy to, co w działaniach ludzkich najpiękniejsze (nieobojętność, chęć pomocy, wspólnota, walka o lepszy świat), z tym, co jest przekleństwem dzisiejszych czasów (powierzchowność, niechęć do wysiłku, niezdolność do wyrzekania się czegokolwiek, pogoń za przyjemnością, nieangażowanie się w sprawy trudne, niespektakularne, które nie przynoszą natychmiastowego efektu, brak wytrwałości).
Tak, wiem, że by pomagało się szybko, łatwo i przyjemnie, bez odrywania się od codziennych zajęć, ktoś musi popracować nad całym przedsięwzięciem od strony logistycznej. Wiem, że niektóre akcje Avaaz polegają na zbiórce nie podpisów, a żywej gotówki, że w marszu na rzecz klimatu wzięło udział 400 tysięcy osób, które musiały wyjść z domu, może dojechać z daleka. Ale ja przecież – jak miliony innych – tylko podpisuję. Na tym się ten pomysł opiera.
I może po prostu trzeba go przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Może to jedyny pomysł, który może się sprawdzić w dzisiejszych czasach.
A może nie. Może podpisując jedną czy drugą petycję, samousprawiedliwiamy się – że nie chce się nam po prostu wziąć do roboty, żeby poprawić świat, w którym żyjemy…