„W kulturze bywają mechanizmy tak delikatne, że kiedy wskaże się je palcem, zmieniają się natychmiast w coś innego, przez samo zwrócenie w tę stronę nadmiernie wytężonej uwagi” – zauważył Czesław Miłosz w poświęconym Witkacemu szkicu Granice sztuki. Obserwacja ta – niezależnie od tego, co w istocie autor miał na myśli – przypomniała mi się, kiedy zastanawiałam się ostatnio nad życiem słów. Bo słowa żyją – rodzą się, rosną, podbijają nowe terytoria lub zwijają się, wycofują, czasem odchodzą. Czasem chorują.
A czasem, jak pokazują ostatnie wydarzenia w naszym kraju – kiedy każdy ciągnie je w swoją stronę, mogą rozciągnąć się do niemożliwości, tak że przestają znaczyć cokolwiek.
Na pewno zmieniają się nie tylko w zależności od tego, kto się im przygląda, ale też – w jakiej to się dokonuje temperaturze. A temperatura ostatnio wysoka.
Mało kto wydaje się przy tym zauważać, że znaczenie mają nie tylko bitwy na racje, na transparenty i okrzyki. Tajemne życie słów toczy się dziś także gdzie indziej.
I nie ma co rozpoczynać dociekań, co było pierwsze – jajko czy kura. Czy reklama mówi językiem ulicy, żeby do ulicy trafić, z ulicą się zbratać i osiągnąć swój finansowy cel, czy ulica mówi językiem reklamy, bo nieustannie jej słucha, a nawet kiedy nie słucha, bo zajmuje się czymś innym, to i tak słucha. Kariera, jaką robią różne stojące w jaskrawej sprzeczności z normami poprawnościowymi zwroty, wydaje się wskazywać, że powtarzany w nieskończoność i podbity chwytliwym dżinglem błąd zawsze wygra ze słownikiem, szkolną polonistką, wszelkimi akcjami typu „Mówić po ludzku”, a nawet z samym profesorem Miodkiem. Dla własnego samopoczucia lepiej tego sprzężenia zwrotnego języka reklamy i języka ulicy nie obserwować zbyt wnikliwie, bo nieuchronnie prowadziłoby to do konstatacji, że nadejdzie moment, kiedy nasz gatunek ponownie zacznie się porozumiewać za pomocą mruknięć i chrząknięć.
Pewne jest jedno, kopirajterska brać ma na nas większy wpływ, niż chcielibyśmy to przyznać. Weźmy takie słowo „kompromis”. Jakby trochę nie z tego świata. A może warte, by sobie o nim przypomniano. Wedle pewuenowskiego słownika można go użyć w dwóch znaczeniach. To „porozumienie osiągnięte w wyniku wzajemnych ustępstw” albo „odstępstwo od zasad, założeń lub poglądów w imię ważnych celów lub dla praktycznych korzyści”. Obie te definicje, chociaż jedną rozpoczyna pozytywne „porozumienie”, a drugą nieco podejrzane „odstępstwo”, wydźwięk mają w zasadzie pozytywny. Dlaczego zatem w debacie publicznej to słowo wstydliwie stoi gdzieś pod ścianą? Można oczywiście uznać – nie bez racji – że w świecie, gdzie „nasze” jest święte, jedynie słuszne, kompromis zawsze będzie zdradą. Ale wydaje się, że kompromis brzydko pachnie nie tylko fundamentalistom. Kto wie, czy nie obrzydzili go nam panowie od reklamy. Jakby się zmówili – marka mody męskiej: „Jakość bez kompromisów”, firma wędliniarska: „Jakość bez kompromisów”, telefonia komórkowa prościej: „Bez kompromisów”, nawet włosy upiększamy, stosując „koloryzację bez kompromisów”. Nic dziwnego, że wszyscyśmy tacy bezkompromisowi. A niektórzy nawet niezłomni.
W tradycji Solidarności – a przez to pewnie i w polskim politycznym słowniku – pojawia się “zgniły kompromis”, rozumiany jako przegrana. Ekolodzy mówią “nie ma kompromisów w obronie matki Ziemi”. Traktowanie kompromisu (w mowie i w życiu) nie jako straty, ale jako sposobu na wspólną wygraną, realizację strategii “win-win”, a więc dojście do najlepszego rozwiązania to chyba pieśń przyszłości. Może zresztą pod zupełnie inną nazwą.