W książce „Retoryka i polityka. Dwudziestolecie polskiej transformacji” natrafiłam na tekst Michała Głowińskiego poświęcony „dzisiejszej mowie politycznej”. Artykuł dotyczy czasów tzw. IV Rzeczypospolitej, ale dziwnym trafem do dzisiejszych czasów pasuje jak ulał. Szczególnie zainteresowało mnie to, co autor pisze o „kryzysie kultury eufemizmu”, odnosząc się, co starannie zaznacza, do szczególnego rodzaju eufemizmu, który nazywa grzecznościowo-komunikacyjnym.
Jeśli dobrze rozumiem – grzecznościowym, bo pozwala na zachowanie kultury wypowiedzi, nawet jeśli jej treść jest dla adwersarza nieprzyjemna, i komunikacyjnym, bo służy wzajemnemu porozumieniu się co do poglądów obu stron bez werbalnego mordobicia. Inna jest bowiem możliwość kontynuowania cywilizowanego sporu, jeśli stwierdzimy „muszę z przykrością zauważyć, że mój przedmówca mija się z prawdą”, niż gdy zarzucimy mu, że kłamie, czy wręcz łże. Stąd też dzisiejsze spory wydają się mieć coraz mniej cywilizowany charakter, a brutalizacja języka debaty publicznej może iść dalej chyba tylko dzięki licytowaniu się na ilość użytych wulgaryzmów.
W trosce o swoje zdrowie psychiczne nie oglądam ostatnio telewizji, a już na pewno nic poniżej popychania widłami nie skłoniłoby mnie do włączenia transmisji debaty sejmowej, od czytania jednak odzwyczaić się już nie jest tak łatwo. Prasa spolaryzowała się w stopniu trudnym do przełknięcia, a kupowanie codziennie kilku tytułów, by móc sobie wyrobić jakiś z grubsza obiektywny sąd o tym, co wokół się dzieje, byłoby i nieekologiczne, i nazbyt obciążające dla domowego budżetu. Czytam więc w sieci – czytam i dostrzegam, także na własnym przykładzie, jak zjawisko opisane przez Głowińskiego nabiera dodatkowej siły rażenia za sprawą właściwej naszym czasom formy odbioru treści – próbując wyłuskać to, co mogłoby nas zainteresować, w dużej mierze poprzestajemy na lekturze nagłówków czy w najlepszym wypadku lidów. Można to zjawisko tłumaczyć brakiem czasu czy nadmiarem dostępnej informacji, z czego wynika wprost powierzchowność odbioru zalewających nas treści, niezależnie jednak od przyczyn – wydaje się ono powszechne. I oczywiście dobrze rozpoznane przez wszelkiego sorta łowców klików, czyli właściwie wszystkich umieszczających w internecie jakieś treści.
Efektem są metody właściwe tabloidom – tezy proponowanego artykułu należy pokazać jako możliwie najbardziej kontrowersyjne, mocne, tu „kultura eufemizmu” przegrywa, rzecz jasna, na starcie. Pół biedy, jeśli czytający jest jak Gżdacz z opowiadania Wojtyszki – żądny wiedzy, wtedy po prostu przeczyta, co właściwie autor ma do powiedzenia, lektura komentarzy wysypujących się pod tekstem pokazuje jednak wyraźnie, że większość „czytelników” na tych stabloidyzowanych, w żadnym razie nie eufemistycznych wstępach poprzestanie.
I rozkwita w komentarzach bitwa – na argumenty za, a nawet przeciw, wyzwiska i daleko posunięte domniemania co do cech, pochodzenia i powiązań autora. A to wszystko w oparciu o parę słów zapowiadających dopiero właściwą wypowiedź. Rozbawiła mnie ostatnio dramatyczna próba zaradzenia tej tendencji – autor wpisu, gdzieś tak w połowie przedstawiania swoich poglądów, oświadczył, że wszystkie komentarze niezawierające w treści słowa „rabarbar”, będzie kasował, uznając, że ich autorzy nie dotarli nawet do połowy tekstu, który komentują.
Obawiam się jednak, że to zawracanie kijem Wisły. Mimo wrodzonego optymizmu nie wierzę, by czasy kultury eleganckiego eufemizmu miały kiedyś powrócić…
Wulgarne i nie na temat komentarze można oczywiście tłumaczyć brakiem czasu lub ogólnym “zidioceniem” społeczeństwa, ale moim zdaniem głównym winowajcą można w tym wypadku mianować internet. Media społecznościowe pozwalają ludziom na dzielenie się opiniami z całym światem, w sposób, w który kiedyś dzielono się nimi z kolegą na “przerwie papierkosowej”.
Wulgarność i brak zaangażowania w przyswajanie informacji istniały zawsze – ale widoczne były tylko w sytuacjach familijno-koleżeńskich. “te, to Jolka ma nowego faceta? sorka, nie sluchałem”, “ten polityk to ch i kretyn”, ale właśnie dzięki dobrodziejstwom internetu przeniknęły również do sfery jeszcze do niedawna zarezerwowanej dla uważnego słuchania i kurtuazji.
A obrzucający się mięsem politycy byli i w sarmackiej Polsce 😉
Rabarbar!
No, tak. Ale mnie chodzi nie tylko o obrzucanie się mięsem – w tekstach i komentarzach. Także o to, co się dzieje ze zwykłym tekstem prezentującym jakiś pogląd. Że on jest najpierw “przyrządzany”, tzn. najmocniejsze, najbardziej kontrowersyjne wyłuskuje się z niego kawałki i pokazuje się je z przodu (u góry) – dla przyciągnięcia czytelnika, a potem jest też czytany tylko z przodu (u góry) – bo tak się teraz najczęściej czyta. Bez kontekstu, niuansów, zobrazowania intelektualnej ścieżki dojścia do takiego akurat przekonania. No i mamy to, co mamy – mordobicie. I to nie o to, co zostało powiedziane, ale o to, co się komu wydawało, że zostało powiedziane. Bez szans na porozumienie, a choćby i zwycięstwo którejś racji…