Wirtualno-latający Uniwersytet Pozarządowy, zwany także AntyUniwersytetem czy AlterUniwersytetem, to internetowe kursy, różnego rodzaju spotkania samokształceniowe, otwarte wykłady itp. Jedno z takich spotkań, którego tematem była potrzeba samokształcenia, odbyło się w klubokawiarni Tarabuk 12 lutego w ramach działań Stołecznego Centrum Wspierania Organizacji. A oto niektóre (wątków było oczywiście znacznie więcej) tezy tego spotkania…
- Przeciw profesjonalizmowi
Już w Asocjacjach z 1998 roku pisałem o micie profesjonalizacji, rozpowszechnianym przez infrastrukturę sektora. Mit ten – „procedury są rozwiązaniem na każdy problem” – w istocie oznaczał, że profesjonalizm to nie tyle umiejętna pomoc np. dziecku, ile profesjonalne zdobycie pieniędzy na tę pomoc i ich rozliczenie. W skrajnym przypadku profesjonalistą był ten, kto co prawda dziecku nie pomógł, ale zrobił to zgodnie z procedurami, a nieprofesjonalistą ten, kto dziecku pomógł, ale z powodów formalnych nie dostał na to pieniędzy. Czy wiele się zmieniło od tego czasu?
Potem jeszcze wielokrotnie starałem się wykazać, że profesjonalizm w wielu działaniach organizacji obywatelskich jest pułapką. Pisałem więc: „Być może część organizacji – szczególnie świadczących zestandaryzowane usługi publiczne lub konkurujących o zlecenia z instytucjami biznesowymi – jest skazanych na taki proces [profesjonalizacji – przyp. PF], który w oczywisty sposób zagraża tożsamości i niezależności organizacji. W tożsamości pozarządowej ogromną rolę odgrywają nieprofesjonaliści (w rozumieniu osób, które znają problem od strony praktycznej, np. pacjentów w grupach samopomocy), amatorzy (w rozumieniu artystów, sportowców-amatorów), społecznicy (czyli tacy, którzy robią coś z porywu serca, a nie wykonując swoją pracę). To właśnie ci społecznicy, amatorzy i nieprofesjonaliści dają organizacjom moc, by mogły przeciwstawiać się dominacji administracji i zysku. Sam proces zarządzania – odwołujący się do partycypacji i włączania różnych interesariuszy – z konieczności odwołuje się do nieprofesjonalistów”.
- Zmiana frontu
Minęło wiele czasu i może warto uznać, że nie warto się z koniem kopać. Wszyscy chcą profesjonalizacji (to tak poważnie brzmi), to ok. – profesjonalizujmy się. Tylko dobrze się zastanówmy, co oznacza profesjonalizm w działalności społecznej. Lekarz czy prawnik, by zostać profesjonalistą, musi skończyć studia, a do tego jeszcze później odbyć praktykę. To kiedy i czego ma się nauczyć działacz społeczny? Nie mówimy tu o zarządzaniu, bo przecież lekarz, który będzie chciał prowadzić szpital, musi zdobyć dodatkowo kompetencje zarządcze. Może jeśli się chce działać np. w organizacji prozdrowotnej, trzeba by, jeśli nie zostać lekarzem, to przynajmniej skończyć kurs pierwszej pomocy? W organizacji zajmującej się prawami człowieka – skończyć jeśli nie Uniwersytet Warszawski w zakresie prawa, to chociaż Szkołę Praw Człowieka Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka?
Przyjmijmy więc, że jeśli się ktoś czymś zajmuje (np. pracą z dziećmi), to musi mieć jakieś minimalne wiadomości na ten temat. Na razie powstrzymajmy się od pytań, co to za wiadomości, kto określa minimum. Jedno jest pewne – jeśli ktoś nie wie NIC i NICZEGO nie chce się w tej kwestii dowiedzieć, to znaczy, że nie jest amatorem – w dobrym znaczeniu tego słowa, ale prostym nieukiem.
UWAGA (po dyskusji w trakcie kawiarenki) – ogromną wiedzę daje doświadczenie. Ktoś, kto przeszedł sam lub jako bliski chorego jakąś chorobę, ma wielką wiedzę na temat leczenia. Doświadczenie może być tu kluczowym czynnikiem. Problem w tym, że wielu wolontariuszy i pracowników dołączających do organizacji założonych przez „doświadczonych” liderów tego doświadczenia nie ma i może potrzebuje czegoś więcej.
- Co wiedzieć powinniśmy
Teraz dwa przykłady, które mnie się wydają bezdyskusyjne, ale oczywiście poddaję je pod rozwagę i do uzupełnienia:
Kiedy ktoś zostaje lekarzem, ma na studiach historię medycyny. Kiedy prawnikiem – historię prawa. Pedagogiem – historię wychowania. Czy działacz społeczny może nie wiedzieć nic o historii działalności społecznej? A co my wiemy? 100 lat temu organizacje społeczne praktycznie odbudowywały – w skrajnie trudnych warunkach wojny światowej – nie tylko samorządność, ale polską służbę zdrowia, służby pomocy społecznej, policję, system sądownictwa, ochronę zabytków, polskie szkolnictwo (od ochronek po uniwersytet i politechnikę). Tymczasem to fakt niemal całkiem zapomniany (to co działo się wówczas w Warszawie próbujemy przypomnieć w opowieści “Organizacje biorą władzę”). Czy rozmawiając o współpracy z samorządem nie warto by wiedzieć nie tylko o tym, że nowoczesny samorząd w Królestwie Polskim powstał z aktywności organizacji społecznych, ale też że przed uchwaleniem ustawy o działalności pożytku publicznego w roku 2003, z inicjatywy organizacji powstały, w oparciu o różne pomysły, systemy współpracy organizacji pozarządowych z samorządem w Gdyni, Warszawie, Gdańsku i kilkunastu innych miejscowościach?
Nikt chyba nie uznałby za profesjonalistę kogoś, kto nie ma pojęcia, co się dzieje w dziedzinie, którą się zajmuje, w gminie obok, co robią organizacje realizujące podobne działania. Kogoś, kto nie czytałby specjalistycznej literatury na ten temat, a przynajmniej nie wiedział, że coś podobnego się ukazuje. Kto nie byłby ciekaw, jak inne organizacje podchodzą do problemu, czy stosują podobne metody, czy całkiem inne, być może skuteczniejsze. A my i nasi współpracownicy – co wiemy na temat organizacji o podobnym, jak nasza organizacja, profilu? Czy przypadkiem – traktując je jako konkurencję – nie wolimy udawać, że nie istnieją, że nie są warte poznania?
Czy są jeszcze inne obszary, które powinien poznać działacz (szczególnie początkujący) w organizacji? A, to już pytanie do nas samych, bo to czy odpowiedzią na nie jest kolejny kurs, studia podyplomowe czy samokształcenie to już nasza indywidualna decyzja. Dla zainteresowania ideą AntyUniwersytetu tekst wieszcza, który traktujemy jako podstawowy dla naszej Alter Alma Mater.
Adam Mickiewicz ‘O istocie samokształcenia”