Obywatele sięgają po władzę
(1) Warszawa na przełomie XVIII i XIX wieku ze stolicy jednego z największych krajów ówczesnej Europy stała się prowincjonalnym miastem Zaboru Pruskiego. W poszczególnych częściach rozczłonkowanej Rzeczypospolitej nierzadkie były postawy apatii, rezygnacji, próby dostosowania się do nowych warunków, ale też życie ponad stan, rauty, zabawy. To wszystko widać było w Warszawie, która traciła nie tylko znaczenie i blask, ale i mieszkańców. A przecież żyły tu ciągle osoby, które parę lat temu zaangażowane były w dzieło naprawy Rzeczypospolitej. Nic dziwnego więc, że towarzystwo pod przewodem Józefa Poniatowskiego, zogniskowane wokół Pałacu Pod Blachą, zabawiało się niedaleko Pałacu Czackiego, gdzie Aleksander Małachowski odbywał spotkania zatroskanych patriotów.
Życie więc toczyło się głównie w salonach, znanych przecież już ze stanisławowskich czasów. Jeden z nich mieścił się przy ulicy Miodowej w mieszkaniu Sołtyków. To tam spotykały się osoby mające w przyszłości założyć Towarzystwo Przyjaciół Nauk. „Obiady u państwa Sołtyków miały charakter czysto polski. Pan ex-podoli lubił gromadzić koło swego stołu (…) uczonych, literatów, poetów, a wesołość jego, uczucie równości szlacheckiej, którem był przejęty, a w dodatku – upodobanie, jakie miał w językowych szermierkach, dawały u niego większą swobodę rozmowom, żarcikom i sporom. Tam ojciec polskich demokratów, Staszic, adwokatował sprawę chłopów i rozwijał zasady rewolucyi francuskiej, które był sobie przyswoił, bez obawy, żeby go za drzwi wypchnięto, jak mu się to zdarzyło u Małachowskiego marszałka, lubo dawnego przyjaciela.
Tam, Ludwik Osiński, nauczyciel wówczas syna ex-Podstolego – młodego Romana i Franciszek Dmochowski, ex-pijar, którego Kupidon od świętych ołtarzy odciągnął, sypali żarciki wierszem i prozą, na sfrancuziałą koteryę Blachy, na Betomanów i Sfinksów. Tam się toczyły żywe spory historyczne, między powolnym, zawsze roztargnionym, Tadeuszem Czackim, a małym, ułomnym, ruchliwym Albertrandim i spory gramatykalne między wszystkimi, a grubym i pedanckim Kopczyńskim, który przerywał rozmowy, strofując jednego po drugim, z kolei, za usterki przeciw wymyślonym przez niego prawidłom języka polskiego.
Nie rzadko zjawiał się w tem zgromadzeniu Ignacy Krasicki, który wszystkich godził jednem słówkiem żartobliwem. Wieczorami były u państwa Sołtyków więcej światowe zabawy, których duszą była pani Sołtykowa. Na świetnych balach, które od czasu do czasu dawali, zbierał się w komplecie cały wielki świat warszawski; bywali na nich zwykle i emigranci francuzcy”.
W takich to warunkach (w takim gronie osób) myśl o tym, że należy chronić język polski (zagrożony pomysłami na germanizację szkolnictwa) i naukę polską (obie akademie – krakowska i wileńska – znalazły się w pozostałych zaborach) nie była niczym nadzwyczajnym. Jednak pomysł, by utworzyć legalną organizację, był niewątpliwie nowatorski. Była to, jak twierdził w jednym z niedrukowanych wystąpień Albertandi, inicjatywa Stanisława Sołtyka. Na pewno wiele osób przyczyniło się do skonkretyzowania pomysłu. Jednak uznajmy podaną w tym kontekście datę 1 listopada 1800 roku jako czas zebrania założycielskiego, gdzie obecne osoby „postanowiły i uchwaliły w jedno spoić towarzystwo, spólnością wspomnianych zamiarów skojarzone”. Prezesem został Albertrandi, który ze skromnością twierdził, że „nie z zasług i zdolności, ale z abecadła i metryki był obwołany”. Tak w owych czasach prezentowano ideę Towarzystwa: „Rozszerzenie prawdziwego światła, jest naywiekszem dobrodzieystwem, jakie ludziom uczynić można. Kto uprząta fałszywe opinjje, zwala przesądy, zawstydza błędy; toruje drogę do prawdy, a ta zbawienném światłem napełniając umysły, témsamém prowadzi serca do cnoty: bo występek czasem passyi, a nayczęściey jest skutkiem złego o rzeczach sądzenia. Prócz tego,chwała nauk i umiejętności iest naypierwszym zaszczytem każdego narodu. Inne korzyści są owocem pracy ciała: wygórowanie w naukach i umiejętnościach, iest dziełem nayślachetnieyszey części człowieka, umysłu”.