No tak, tylko że przy realizowaniu projektów z budżetu trudno uczyć się na własnych błędach. Najczęściej uczy się tam tylko maskowania błędów lub co najwyżej – dobrych tłumaczeń. Tymczasem jeśli ktoś nie popełnia błędów, możemy być niemal pewni, że nie robi nic innowacyjnego. A odnosząc się do afery z fakturami KOD-u: wydaje się, że reakcja stowarzyszenia – zarówno zarządu, jak i komisji rewizyjnej – jest prawidłowa, a List do członków i sympatyków KOD Krzysztofa Łozińskiego brzmi przekonywająco. Przypomniało mi to tekst z 1999 roku, który napisałem w ASOCJACJACH, w takim cyklu, który miał wówczas pokazać, że wybory to nie wszystko, ze demokracja partycypacyjna ma sens itp. Zamieszczam go dla przypomnienia w drugiej części artykułu, bo brzmi – przy wszystkich swoich uproszczeniach – dość aktualnie. Ale na początku taka propozycja dla stowarzyszeń:
Nie bójcie się błędów
Wiele mówi się o błędach, które pociągają za sobą konsekwencje prawne. A to ktoś pomylił się w dokumencie do KRS-u, ktoś inny spóźnił się ze złożeniem sprawozdania czy pomylił w realizacji projektu finansowanego z pieniędzy publicznych… To są bardzo poważne błędy i nie warto ich popełniać. Jednak to tylko formalności, w życiu organizacji nie powinny zajmować zbyt wiele czasu. Większość czasu powinniśmy poświęcać działaniom integracyjnym i merytorycznym. A w tych warto ryzykować…
Do wewnątrz
Często myli się działania integracyjne z formalnościami. Przykładem może tu być większość walnych zebrań, które zamiast być świętem organizacji, okazją do wzmocnienia więzi wewnętrznych, ciekawej dyskusji, są proceduralną sztampą – zebraniem akcjonariuszy. Ktoś powie – takie są wymogi formalne. To prawda, ale nie cała. To Wy ułożyliście statut, to Wy planujecie zebranie. Demokratyczne formy można wykorzystać do zniechęcenia ludzi do współdziałania lub do ich zachęcenia. Organizacja, o ile nie jest zwykłą instytucją lub przedsiębiorstwem, które kryje się pod nazwą organizacji pozarządowej, żyje wewnętrzną dynamiką, interakcjami, współpracą. O to trzeba dbać, to trzeba hołubić. Wtedy demokracja oznacza prawdziwą samorządność, a walne zebranie – realną partycypację. Dobrym przykładem historycznym byłaby tu organizacja Filaretów, w której ustawicznie pracowano nad statutem, Mickiewicz pisał wciąż nowe wytyczne dla członków, ciągle poszukiwano najlepszych rozwiązań, eksperymentowano. Dla spontanicznej współpracy, dla entuzjazmu, dla relacji grupowych – sztywne schematy, niepotrzebne procedury, rutyna to zagrożenie. Członkowie muszą czuć się ważni, potrzebni, włączeni, jeśli tak nie jest, mamy do czynienia jedynie z jakąś atrapą stowarzyszenia.
Na zewnątrz
Działania stowarzyszeń, poza tymi organizacjami, które są skierowane głównie do wewnątrz (samopomocowymi, hobbystycznymi), ma silny wymiar zewnętrzny, stowarzyszenia działają w świecie i nie wszystkie – miejmy nadzieję – realizują tylko zadania publiczne. Wiele z nich organizuje akcje, kampanie, działania oparte o zaangażowanie i spontaniczność. Jest to oczywiście również forma integracji. To buduje więzi, nadaje wspólnocie sens, wypracowuje w działaniu mechanizmy współdziałania. Często są to akcje oparte na partycypacji, wspólnie planowane i realizowane, oparte na innowacyjnych pomysłach. Jednak takie działania także wymagają ryzyka. Budowanie wzajemnego zaufania, nieopierającego się na umowach finansowych, obarczone jest niebezpieczeństwem, że zaufanie to zostanie zawiedzione. Z kolei praca grupowa uzależnia sukces nie tylko od dobrej organizacji, ale i od umiejętności współpracy. To może, a w dłuższej perspektywie czasowej wręcz musi, generować błędy i niepowodzenia.
Tak więc prawdziwe stowarzyszenie, a nie biurokratyczna przybudówka czy udający kogoś innego biznes – aby zachować członków i przyciągnąć nowych, szukać nowych źródeł motywacji, rozwiązywać konflikty wewnętrzne, musi – przynajmniej od czasu do czasu – podejmować nowe wyzwania, eksperymentować. Ryzykując własne pieniądze i własny czas – oczywiście nie łamiąc prawa – można (trzeba?) trochę poszaleć. Po to są organizacje pozarządowe, aby nie eksperymentować od razu na całym społeczeństwie. Można się uczyć rządzić, mobilizować, partytycypować, stosować demokrację bez większego niebezpieczeństwa. Można na niewielką skalę testować nowe rozwiązania, próbować nowych metod, eksperymentować na żywym ciele własnego organizacyjnego organizmu. Stowarzyszenia to obszar koniecznej wolności, bez takiej szkoły politycy szukają inspiracji w serialach, społeczeństwo demokrację traktuje jak ostateczność, a partycypację ma za uprawnienie nadane przez władzę.
Demokratyczne prawo do błędu
Asocjacje nr 9/1999