Co członek Komisji Rewizyjnej wiedzieć powinien… (14)
Przejrzeliśmy sprawozdanie i mniej więcej wiemy, na czym stoimy w naszej organizacji. Wiemy, jaki mamy wynik finansowy (i jak w tym kontekście zmieniają się fundusze własne) oraz widzimy, jakie mieliśmy przychody i koszty, w tym koszty administracyjne. Możemy się zatem zastanowić, co z tego wynika, i właśnie w tym kontekście chciałbym wrócić do wspomnianych wcześniej projektów. I tu zastrzeżenie: potocznie mówi się o projekcie jako o ofercie w ramach konkursu grantowego, i tak tu będzie traktowany – choć często z prawdziwym projektem może nie mieć wiele wspólnego.
Projekt jako zadanie zlecone
Prawdziwy projekt to w istocie dobrze zaplanowane działanie, które ma nas doprowadzić do określonego, ale zazwyczaj wyjątkowego, innowacyjnego celu (rezultatu). Często projekt jest przeciwstawiany procesom, których istotą jest ciągłe funkcjonowanie instytucji, systematyczne dostarczanie podobnych produktów lub usług. W naszych warunkach za projekt uważa się np. dofinansowanie funkcjonowania świetlicy socjoterapeutycznej. Umówmy się, że – ustawa o działalności pożytku publicznego wyraźnie to podkreśla – projekt to zadanie publiczne w sferze pożytku publicznego. Tak więc jeśli realizujecie projekty z dotacji publicznych, realizujecie w istocie zlecone zadania publiczne. Oczywiście w praktyce to „wielka ściema” i pod zadania publiczne próbuje się podciągnąć każdy pomysł, który chciałaby dofinansować administracja, ale „koń jaki jest, każdy widzi”.
Projekt jako „jeżdżenie w kółko”
Ktoś powie: cóż, prawo jest niedoskonałe, ale jakoś trzeba sobie radzić. Inny: a dlaczego ma to interesować komisję rewizyjną? – dostali dotację, wydali pieniądze i się rozliczyli, więc wszyscy są zadowoleni. Tymczasem takie podejście ma swoje konsekwencje. Dla tych, którzy chcą prowadzić alternatywne względem administracji publicznej instytucje, oznacza to konieczność kombinowania i maskarady – po raz setny wymyśla się takie same działania „innowacyjne”, bo projekt nie jest na funkcjonowanie instytucji. Dla tych, którzy chcą wesprzeć własną działalność, oznacza to karkołomną argumentację mającą udowodnić, że to, czego chce grupa osób, jest ważnym zadaniem publicznym. Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze jest to, że w wielu organizacjach projekt to tylko sposób przerabiania pieniędzy. Dostałem tyle – wydałem tyle, zrobiłem, co chcieli. Koniec. Takie „zakuj, zdaj, zapomnij”.
Marnotrawstwo społecznej energii
A co w tym złego, zapytacie? Organizacja dała zarobić kilku osobom, wykonała zadanie publiczne – i o co tu się ciskać? No cóż, nie byłoby powodu, gdybyśmy mieli do czynienia ze zwykłym przedsiębiorstwem. Jedni zapłacili, drudzy wykonali. Zdrowy układ. W organizacji jest inaczej. Włożono wiele społecznej pracy w to, aby wykonać zadanie publiczne. Oznacza to zmarnowanie energii, która mogłaby być spożytkowana dla społeczeństwa w inny sposób. Zamiast po nocach rozliczać zadanie publiczne, ten sam czas zarząd mógłby przeznaczyć na opiekę nad dziećmi, które chce wspierać. Nie szkoda tego czasu specjalistów od wychowania na walki z biurokracją? W projekcie Prove it, realizowanym przez FRSO, próbowaliśmy udowodnić, że praca wolontariusza to nie „przychód” organizacji, a jej „koszt”. Bo jeśli my źle wykorzystamy jego pracę, społeczeństwo to, co włożył, jego wysiłek, pracę, straci. Podobnie jest z dotacjami (choć nie księgowo) – jeśli ktoś inny za te same pieniądze zrobiłby to samo, co my, i tak samo, to znaczy, że nasza organizacja jest niepotrzebna i marnuje tylko swój potencjał.
Oszukując samych siebie
Oczywiście możemy powiedzieć, że my za te same pieniądze robimy więcej. A to część pracy teoretycznie wykonanej w ramach projektu posłuży w istocie organizacji, a to przy okazji jakiegoś „eventu” popromujemy też naszą inną działalność. Napiszemy tak, żeby dobrze wyglądało, a zrobimy troszkę inaczej itp. To może prowadzić wprost do tego, co się określa popularnie mianem ngo-izacji czy też grantozy. Projekt staje się czymś, co nie jest po to, by zrobić coś dobrego , ale by utrzymać instytucję i zatrudnionych w niej ludzi. I właściwie nikt nie ma za to do nikogo pretensji, tylko że… te projekty, które oczywiście osiągają zamierzone efekty, w rzeczywistości nie dokonują żadnej zmiany. Wszyscy udają, że wiele społecznej roboty wykonano, wszyscy się tym chwalą, a im więcej się chwalą, tym większa szansa, że dostaną kolejne pieniądze, aby się chwalić dalej. Oczywiście jest tak nie we wszystkich organizacjach, ale myślę, że w większej ich liczbie, niż nam się wydaje. Dlatego tak ważne są komisje rewizyjne.
Profesjonalizm to przede wszystkim nie ściemniać
To one – od wewnątrz, dla dobra organizacji, a nie z innych powodów – mogą zatrzymać ten proceder. Nie oznacza to, że nie należy realizować projektów finansowanych z grantów publicznych. Mało tego, w niektórych (choć rzadkich) przypadkach uzasadnione jest nawet dołożenie pieniędzy z funduszy własnych, by taki projekt zrealizować. Jednak pierwszym pytaniem powinno być, czy to rzeczywiście przybliży nas do realizacji misji (czy tylko tak będzie wyglądało) i na czym w istocie będzie polegał „zysk” organizacji. Bo projekt, po którym tylko pracownicy są wypaleni, organizacja jest na skraju bankructwa, a podopieczni dostali to, co i tak by dostali za te pieniądze (ale najwyżej od kogoś innego), to klęska. Lepiej zrobić społecznie coś małego niż zrobić coś wielkiego, co nie przyniesie tych dodatkowych korzyści, które może zaoferować nasza organizacja.