Tekst ten ukazał się pod tytułem “Formalizacja – zniewolenie czy zorganizowana wolność? w jednodniówce “Zlot Niepołomicki”
Przeżywamy zadziwiający syndrom społeczny – coraz większe oczekiwania w stosunku do administracji splatają się z niechęcią do wszelkiej organizacji. Ruchy społeczne, nieformalne inicjatywy traktowane są jako remedium na bolączki współczesnego świata. Czy to znak nowych czasów, czy tylko chwilowego kryzysu, a oddolne inicjatywy, krytykujące stare organizacje pozarządowe, są jedynie wyrazem poszukiwania odnowy ruchu działań obywatelskich i powrotu do korzeni organizacji prawdziwie społecznych?
„Dla naszego wywodu ważny jest fakt, że choć organizacje i ruchy społeczne są ze sobą ściśle związane, to jednocześnie ich sposoby działania są tak odmienne, że stale występuje między nimi napięcie czy wręcz konflikt. Nie należy porównywać ze sobą efektywności tych dwóch form zbiorowego działania. To bowiem zależy od zadań i warunków”
– Jacek Kuroń, kurs AU „Stowarzyszenia a państwo” |
Diagnoza
To, że organizacje po 1989 roku nie spełniły swojej funkcji wystarczająco dobrze, może nie być ich winą. Organizacje (czy fundacje czy stowarzyszenia) są narzędziem społecznej partycypacji w życiu publicznym. To, jak je wykorzystano, zależało przede wszystkim od ludzi, którzy tych narzędzi używali, oraz od systemu prawno-gospodarczego, który stwarzał warunki, w jakich z tych narzędzi korzystano. To my – założyciele i członkowie tych organizacji, to darczyńcy prywatni i publiczni, narzucający pewien sposób samoorganizacji poprzez finansowanie takich a nie innych inicjatyw, to w końcu politycy i cała opinia publiczna, odpowiadamy za to, jak dziś postrzegane są organizacje. Może być tak, że nie umiejąc się nimi posługiwać, zepsuliśmy dobre dane nam narzędzie. A jeśli tak, to nie ma co na nie narzekać czy z niego rezygnować, raczej przeczytajmy ze zrozumieniem instrukcję obsługi, bo na razie stosujemy poradniki biznesowe do działań z zupełnie innego wymiaru.
Żelazne prawo oligarchii
Wiemy oczywiście, że struktury się biurokratyzują, że gdy założymy organizację, to za kilka lat najprawdopodobniej przestanie ona być emanacją aktywności członków, że stanie się czymś innym, niż tego chcieli założyciele. To prawda, ale ile przez ten czas może zrobić dobrego. Przecież kupując pralkę, wiemy, że kiedyś się popsuje, kupujemy ją jednak, bo zanim trafi na złom, przyniesie nam mnóstwo korzyści. Traktujmy i nasze organizacje jako takie narzędzia – nie bądźmy jak dzieci, które – nie bez pewnej racji – nie chcą się wieczorem rozbierać, bo przecież rano trzeba się będzie ubrać.
Drugie życie
Zresztą nawet zepsute czy archaiczne narzędzia mogą liczyć na drugie życie. Stary aparat fotograficzny czy maszyna do szycia też może się okazać cennym nabytkiem.
Czy organizacja, która stworzyła stabilną instytucję, nadaje się od razu na śmietnik? Jeśli tak, trzeba byłoby wyrzucić na śmietnik historii takie instytucje, jak pogotowie ratunkowe (na terenach polskich założone w 1897 jako Towarzystwo Doraźnej Pomocy Lekarskiej), ubezpieczenia społeczne (poczatkowo ubezpieczenia wzajemne), Polską Akademie Nauk (spadkobierczynie Towarzystwa Przyjaciół Nauk)… Życie wielu organizacji pozarządowych nie da się sprowadzić do realizacji konkretnego projektu, do współpracy z władzą konkretnej kadencji. Warszawskie Towarzystwo Dobroczynności (1814) przetrwało nie tylko tego czy innego cara, przetrwało zabory, obie wojny. Dopiero PRL w zasadzie zakończył tę ciągłość… Każda władza przemija, a organizacje pozarządowe – przynajmniej w sporej części – działają w dłuższej perspektywie.
Pokolenia organizacji
Historia nowoczesnych organizacji to niewiele ponad 200 lat (mniej więcej tyle, co historia państw narodowych). W polskich warunkach cofamy się zazwyczaj do Towarzystwa Przyjaciół Nauk (1800-1832). Z punktu widzenia rocznego projektu, kadencji władz samorządowych – to wieczność. Jednak swoje cele Towarzystwo urzeczywistniło dopiero sto lat później, w 1918 roku, organizacje POWINNY myśleć w dłuższej perspektywie.
Dobrze pokazuje to historia zakonów, które dziś zbyt łatwo szufladkujemy jako element jedynie historii Kościoła. Owszem, były częścią Kościoła, tak jak dzisiejsze organizacje są częścią państwa, więcej jednak miały wspólnego (przynajmniej w swych początkach) z oddolną inicjatywą obywatelską niż ze skostniałą instytucją. Dlatego też są niewątpliwie poprzednikami dzisiejszych organizacji, także tych międzynarodowych. Tu obserwacje możemy prowadzić już w perspektywie setek lat, a nie kadencji tej czy innej władzy.
Walka pokoleń
Historia zakonów pozwala nam z innej perspektywy spojrzeć na dzisiejszy ruch antyinstytucjonalny w sektorze pozarządowym. Protest przeciwko instytucjonalizacji, oligarchii był w zakonach czymś normalnym. Cluniacka świetność kongregacji klasztorów (powstała jak remedium na izolację poszczególnych domów klasztornych) i jej sukces, a co za tym idzie, daleko idąca instytucjonalność i bogactwo, spowodowały ruch eremicki i powstanie zakonu cystersów oraz grup kanoników regularnych. Ci zaś, obrósłszy w piórka, sprowokowali… powstanie zakonów żebraczych. Ale i tu także nie dało się uniknąć instytucjonalizacji i odejścia od pierwotnych założeń. Kryzys zakonów żebraczych zaowocował próbami reform wewnętrznych (np. obserwanci wśród franciszkanów), ale też zapoczątkował nowy typ zakonu, jakim byli już np. jezuici. Proces tworzenia i kryzys instytucji (w tysiącletniej perspektywie) jest widoczny. Stare zakony pozostają (w większości), i pełnią swoje funkcje, nowe się instytucjonalizują i podejmują nowe wyzwania. Jest ruch w interesie.
Wybicie się na niepodległość
Organizacja – jeśli jest prawdziwą organizacją, a nie przebranym biznesem albo sprytnym przedłużeniem administracji publicznej – odgrywa, jak to pisał de Tocqueville, rolę „oświeconego i potężnego obywatela, którego nie można w dowolny sposób samowolnie naginać ani po cichu gnębić i który, broniąc swoich własnych praw przed zakusami władzy, ratuje jednocześnie wolność powszechną”.
Czymże więc jest ta formalizacja? Wydaje się, że uzyskiwanie osobowości prawnej jest traktowane zbyt często jedynie jako rezygnacja ze spontaniczności i przejście na stronę „systemu”. A przecież w istocie rzeczy rejestracja jest prawnym zagwarantowaniem niezależności, uznaniem przez państwo sfery działań, w których obowiązują zasady wypracowane przez samych zainteresowanych – spontaniczność oczywiście dozwolona. To jest ta „nieterytorialna rzeczpospolita” Abramowskiego, która miała być właśnie sferą prawdziwej wolności.
Strach przed demokracją
Dyskusja o tym, czy się instytucjonalizować, czy nie, wynika moim zdaniem w dużej mierze z zachwiania się wiary w demokrację. Czy jesteśmy demokratami, czy uważamy demokrację za wartość? Niejeden z nas oburzy się na te pytania. Ja nie jestem demokratą? Ale już chętniej założy fundację niż stowarzyszenie, a walne zebranie będzie traktować jako zbędną formalność, utrudnienie, a nie „głos ludu”. Chętnie deklarujemy demokratyczność, ale już nie bardzo wierzymy w demokrację. Wolimy zrobić sami, a innych wykorzystać raczej jako wolontariuszy do realizacji naszych celów, niż wspólnie z nimi o celach decydować. Organizacje, w tym przede wszystkim te zrzeszeniowe, jak stowarzyszenia, to sposób praktykowania demokracji. Gdy nie ma w społeczeństwie demokratycznych organizacji, to istota demokracji jest zagrożona.