Do tekstu Grzegorza Makowskiego zniechęcał już sam tytuł: „Działalność strażnicza – zadanie dla watahy, samotnych wilków czy może dla sfory psów?”. Przemogłem się jednak i lektura potwierdziła moje obawy. Tekst nie jest dobry. Ani w formie stylistycznej, ani w układzie logicznym, ani w zawartości merytorycznej. Oczywiście nie jest tak, że artykuł pozbawiony jest jakichkolwiek wartości. Grzegorz jest zbyt wytrawnym naukowcem i pozarządowcem, by napisać tekst będący zupełną pomyłką. Jego artykuł wydaje się jednak raczej zlepkiem fragmentów, strumieniem świadomości niż wywodem prowadzącym nas do jakichś wniosków. A co najważniejsze, w tych różnorodnych dywagacjach nie dotyka istoty problemów, co więcej – powtarza stereotypy w najlepsze funkcjonujące w pozarządowym świecie.
Najpierw jednak kilka uzasadnień tak krytycznego podejścia do tekstu. Próba opowiedzenia o (pre)historii działań strażniczych to ciekawy pomysł. Niestety, jako historię strażnictwa potraktowano w istocie kolejne etapy demokratyzacji życia publicznego i ograniczania samowładztwa. Owszem, ustrój demokratyczny opiera się na kontroli władzy, ale to raczej oczywistość. W historycznym kontekście pojawiają się jeszcze ruchy konsumenckie i związki zawodowe jako przykłady działań strażniczych. Co do uznania tych obszarów za warte analizy nie ma wątpliwości, ale już sama analiza zaskakuje. Choćby bezpardonową krytyką naszych związków zawodowych czy utożsamianiem ruchu konsumenckiego z istnieniem „kultury konsumpcyjnej”. Nie budzi mojego zaufania również próba opisu organizacji strażniczych w Polsce. Dane, które wynikają z deklarowanego przez organizacje obszaru ich działalności, niewiele mogą nam powiedzieć o strażnictwie. Można przecież być strażniczą organizacją w sporcie, w pomocy społecznej, kulturze, zdrowiu. Ograniczanie się do demokracji czy ekologii jest po prostu pomyłką. Ale co ważniejsze, wszystkie te, mniej lub bardziej dyskusyjne, tezy nie składają się w całość. Po co przykłady związków czy organizacji konsumenckich, kiedy dzisiaj opisywanymi zagadnieniami zajmują się akurat organy administracyjne (PIP czy rzecznicy praw konsumenta)? Po co pisać o organizacjach, kiedy w końcu mówi się o indywidualnych akcjach czy nowych technologiach? To się nie składa.
Tak jak nie składa się z całością artykułu teza „Dostęp do informacji publicznej – niezbędny warunek działalności strażniczej”. Skąd taka teza, gdy raz pisze się o prehistorii działalności strażniczej, a równocześnie udowadnia, że prawodawstwo w tej dziedzinie to, poza wyjątkami, przełom XX i XXI wieku. Strażnictwo to nie wykorzystywanie ustawy o dostępie do informacji publicznej, ale pilnowanie władzy i biznesu, nawet gdy tych informacji się nie ma. Nie chodzi o to, by było widać, że władza lub kto inny (biznes, inne organizacje albo i nasz sąsiad) łamie prawo, ale o to, by pilnować, aby tego nie robiono. Dostęp do informacji publicznej jest w działalności strażniczej po prostu użytecznym narzędziem.
I tu dochodzimy do sedna tekstu, zasugerowanego w tytule, wywód nie prowadzi jednak do oczekiwanych wniosków. No, chyba że za wniosek uznać tezę, że współczesne techniki informatyczne pozwalają osobom indywidualnym i podmiotom zbiorowym na włączanie się w działalność strażniczą. To oczywiste. Ale jak działać skutecznie, chcąc realizować działalność strażniczą? Indywidualnie czy zbiorowo? Formalnie czy nieformalnie? Odpowiedzi nie znajdziemy w tekście. Możemy dopowiedzieć autorowi, iż wiele wskazuje na to, że działalność indywidualna (która bardzo często przynosi spektakularne sukcesy) i nieformalna w długiej perspektywie może okazać się nieskuteczna, zaś zbiorowa i sformalizowana łatwo się biurokratyzuje. Na pewno jednak internetowe narzedzia nie zastapią osobistego wizytowania placówek (szkół, więzień, urzedów itp.), indywidualnych rozmów i ideowego zaangazowania. Narzedzia są narzedziami, które używa mniej lub sprawniej osoba lub osoby podejmujace się odpowiedzialnej działalności strażniczej. Jeśli chce sie to robić systemowo i systematycznie – organizacja pozarzadowa daje większe szanse.
Drogi Piotrze,
Dziękuję, że pochyliłeś się nad moim tekstem i muszę powiedzieć, że jeśli Ty zawiodłeś się na nim bo np. nie uzyskałeś odpowiedzi na pytania, na które poszukiwałeś w nim odpowiedzi (nawiasem mówią, nie do końca wynika z Twojej recenzji, czego właściwie oczekiwałeś), to być może Twoje oczekiwania nie zostały spełnione, bo niezbyt uważnie go przeczytałeś. Ale do rzeczy. Skupię się tylko na kilku zarzutach, które podnosisz, a które uważam za zupełnie nie trafione.
Piszesz, “Niestety, jako historię strażnictwa potraktowano w istocie kolejne etapy demokratyzacji życia publicznego i ograniczania samowładztwa.”. A dlaczego “niestety”, cóż złego jest w przyjęciu tej właśnie perspektywy? Czy uważasz, że rozwój strażnictwa jako pewnej formy aktywności obywatelskiej da można oderwać od tego procesu? Ja nie wykluczam, że można to zagadnienie analizować także pod innym kątem, ale nie pisałem książki, tylko krótki artykuł, w którym musiałem skupić się na najważniejszych wątkach. Jeśli uważasz, że jakieś inne podłoże niż procesy demokratyzacji mają w tym przypadku bardziej kluczowe znaczenie, oczekiwałbym, że wskażesz na nie w swojej recenzji. Niestety bez tego, Twój zarzut jest zupełnie niemerytoryczny. Pominę już fakt, że w tekście wzmiankuję, o tym, że generalnie chęć do kontrolowania władzy jest poniekąd naturalna i miała swoje reprezentacje także w systemach niedemokratycznych (jakkolwiek paralele, ze współczesną działalnością strażniczą są oczywiście dalekie).
Rozumiem, też że może Ci się nie podobać pokazanie jako obszarów działalności strażniczej – stosunków pracy, czy kultury konsumenckiej. Ale znowu, brak mi jakiegokolwiek argumentu merytorycznego przeciwko przyjęciu takiej optyki. Na początku tekstu proponuję definicję strażnictwa, która nie jest zaczerpnięta z jakiejś klasyki (bo nie ma jakiegoś kanonu dzieł, które miało by tu charakter dogmatyczny i każdy musiałby się do niego odnosić pisząc o tym zagadnieniu), ale z własnego doświadczenia i obserwacji nie tylko tego jak organizacje strażnicze rozwijają się w Polsce, ale w ogóle na świecie. I uwierz mi, że tak jak whistleblowers, tak samo watchdogs, w społeczeństwach, które mają w tych formach aktywności obywatelskiej o wiele większe tradycje niż nasze, obejmują o wiele większą paletę obszarów życia społecznego niż nam, tu w Polsce się wydaje.
To co irytuje mnie właśnie w Polskiej „tradycji” strażnictwa, na gruncie której chyba i Ty stoisz, to nadmierna koncentracja na relacji państwo-obywatel, albo wręcz państwo-organizacja pozarządowa (co zresztą w tym ostatnim przypadku ma zapewne związek z tym nieszczęsnym terminem „pozarządowa).
Naprawdę, prawa konsumenta, czy prawa pracownicze mogą i są równie dobrym przedmiotem działań strażniczych co typowe dla naszych polskich organizacji tematy. Piszesz, „Po co przykłady związków czy organizacji konsumenckich, kiedy dzisiaj opisywanymi zagadnieniami zajmują się akurat organy administracyjne (PIP czy rzecznicy praw konsumenta)?” a no właśnie po to (co zaznaczam w tekście), że tak w przypadku kwestii praw konsumenckich, czy działań związków, jest pole dla działalności strażniczej, które na przykład w Polsce nie jest zagospodarowane ani przez PIP, ani przez związki, ani przez organizacje konsumenckie.
Jeszcze jeden „grubszy wątek”. Piszesz, że ramy prawne dostępu do informacji to tylko „narzędzie”. Owszem, to tylko narzędzie, podobnie jak inne spokrewnione, np. gwarancje prawne dot. informacji konsumenckiej, czy różne formy dopuszczenia robotników do tego co dzieje się w ich zakładach pracy. Takie przepisy są konstytutywne dla ruchów strażniczych. Można sobie łoczdogować bez nich. I pewnie można by wydobyć wiele odosobnionych historycznych smaczków z wieków dawno minionych, gdy takich ram prawnych w ogóle nie było. Ale nie przypadkowo, cały ten ruch to dorobek ostatnich może maksymalnie 100 lat – właśnie tych lat, gdy rozwijano tego rodzaju ustawodawstwo. W wielu przypadkach środek działania strażniczego stał się jego sensem (vide prawa człowieka) i w cale nad tym bym nie ubolewał. Zatem jak nie kojarzyć jednego z drugim? Jak pilnować biznesu, czy władzy przed tym, żeby nie robiła złych rzeczy, gdy nie ma się do tego narzędzi?
Sugerujesz, też że strażnictwo ma głównie charakter prewencyjny, ale takiego nie ma. Przypadki, gdy działania strażnicze czemuś zapobiegły (nie tylko w Polsce, ale i na świecie) można by pewnie policzyć na palcach jednej ręki. To świetnie jeśli coś takiego się uda, ale gros tych działań to działania następcze – wydobywanie czasem nawet bardzo starych brudów na światło dzienne i dbanie o to, żeby nie pobrudzić się znowu. Mylisz się więc całkowicie, albo masz zbyt wyidealizowany obraz działalności strażniczej.
W końcu, nie było celem tekstu, jak oczekiwałeś jak działać skutecznie jako łoczdog. Chciałem jedynie pokazać, że strażnictwo jest bardziej kolorowe niż nam się wydaje i ma różne formy, niż tylko aktywność w organizacjach pozarządowych. A w sytuacji, gdy organizacje strażnicze (czyli owe watahy), w tym chyba się zgodzimy , niedomagają z różnych względów, swoje ujście działalność strażnicza znajduje w inny sposób – w działaniach zmotywowanych jednostek (samotnych wilków, czy kotów jak chciał inny mój recenzent) i „tłumów” / swór mniej lub bardziej zaangażowanych obywateli, tym bardziej, że rozwój technologii sprzyja właśnie tym formom strażnictwa. I tylko tyle. Które są z tych form są bardziej skuteczne, które mniej to ciekawe pytanie, na jakiś porządny projekt badawczy i nigdzie w tekście nie próbuję nawet na nie odpowiadać.
W końcu skomentuję parę przytyków. Piszesz „Dane, które wynikają z deklarowanego przez organizacje obszaru ich działalności, niewiele mogą nam powiedzieć o strażnictwie.”. Zgadzam się i piszę o tym w tekście, gdy je przytaczam. Jednak jeśli takie dane są to dlaczego by ich nie przywołać i mimo ich wszystkich wad, dają one jednak podstawę do tego by twierdzić, że w Polsce działalność strażnicza rzeczywiście jest bardzo wąską niszą. Piszesz „Można przecież być strażniczą organizacją w sporcie, w pomocy społecznej, kulturze, zdrowiu.”. Oczywiście, pisze przecież w tekście, że „Wiele organizacji realizuje rozmaitego rodzaju inicjatywy strażnicze obok swojego głównego nurtu działalności.” i przywołuję pogłębione badania naszego kolegi Ryśka Skrzypca dotykające tego wątku. Dalej nie zmienia to faktu, że jest to działalność niszowa i dość słabo rozwinięta (nawet jeśli daje jakieś efekty). Dobrze by było, gdybyś czytał z większą uwagę.
Co do stylu, formy i tytułu (miał być prowokujący i widać się udało) – wybacz to już rzecz gustu. Problem w tym, że gust właśnie w Twojej recenzji jest też niestety podstawą ocen merytorycznych, bo w jaki sposób odnieść się do peseudoargumentów zaczynających się od sformułowań w rodzaju „Nie budzi mojego zaufania…” coś tam. Piotrze, po tak wytrawnym aktywiście i badaczu różnych zagadnień z zakresu społeczeństwa obywatelskiego, oczekiwałbym bardziej rzeczowego odniesienia się do zawartości mojego tekstu.