Zgodnie z zapowiedzią rozpoczynamy cykl recenzji, które spróbują przenieść debatę na temat trzeciego sektora w Polsce na trochę wyższy poziom, i chcemy doprosić do tej dyskusji tych, którzy naukowo zajmują się kwestiami związanymi z samoorganizacją i organizacjami pozarządowymi. Zaczynam (mam nadzieję, że mój przykład zachęci innych) od książki, do której już ostatnio się odnosiłem, i zostałem skarcony za powierzchowność. Dziś postaram się to zrobić rzetelniej. Chodzi o książkę, która wyszła w 2012 roku w serii Monografie Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. To:
Paweł Stefan Załęski, „Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie”.
Zgodnie z przyjętą metodologią w recenzji tej będziemy się starali najpierw streścić w sposób możliwie obiektywny wnioski, które przedstawia sam autor. Wnioski te przyjmujemy – zakładając rzetelność naukową autora – na wiarę (chyba że z jakiegoś powodu będą budzić wątpliwości i trzeba będzie wrócić do logiki wywodu) i oceniać będziemy ze względu na przydatność w praktycznym działaniu organizacji. Pozwoli to nam – mam nadzieję – znaleźć samą kwintesencję efektów pracy badawczej. Oczywiście będziemy to robić na nasz nieprofesjonalny (amatorski) sposób, ale zakładamy przecież, że to nie naukowcy mają wykorzystywać w praktyce efekty swoich prac.
Różne społeczeństwa obywatelskie
Teza podstawowa publikacji „Neoliberalizm i społeczeństwo obywatelskie” dotyczy pojęcia społeczeństwa obywatelskiego, w którym to pojęciu w kolejnych epokach (zdefiniowanych jako klasycyzm, romantyzm i postmodernizm) nie daje się odnaleźć znaczących podobieństw. Oznacza to, że nie możemy odwoływać się do tradycyjnych autorów, bowiem pojęcie, którego używają (lub zdają się używać1) opisuje zupełnie inną rzeczywistość. Współczesne pojęcie społeczeństwa obywatelskiego łączy – zdaniem autora – dwie odmienne tradycje: „Z klasycyzmu przejął postmodernizm ideę wspólnotowości, starając się prezentować ją w apolityczny sposób. Z romantyzmu zapośredniczył postmodernizm antagonizm w stosunku do struktur państwowych” (s. 218). Jednak, jak stwierdza sam autor, „postmodernistyczna semantyka »społeczeństwa obywatelskiego« natomiast wydaje się wynikać z jego osłabienia, selektywnego zaniku, restrukturyzacji, zmiany formuły istnienia i funkcji” (s. 215-216), czyli w istocie nośne hasło „obywatelskiego społeczeństwa” ukrywa słabości samoorganizacji.
Polityczny wymiar niepolityczności
Jednak nie samo mieszanie pojęć jest tu oczywiście największym problemem. Autor sugeruje, że ten zabieg został wykonany celowo, w ramach zdominowaniu dyskursu „przez marksistowsko-liberalną koalicję teoretyczną” (s. 221), i w istocie po to, by „zatrzeć różnicę pomiędzy politycznym a prywatnym, publicznym a partykularnym” (s. 223). Ta „ponowoczesna koncepcja społeczeństwa obywatelskiego od początku była narzędziem neoliberalnej polityki depolityzacji życia społecznego. To właśnie tę depolityzację należy łączyć z kryzysem demokracji, na który za lekarstwo paradoksalnie uważa się w oficjalnym dyskursie społeczeństwo obywatelskie” (s. 226). Tak więc funkcjonuje „koncepcja tzw. społeczeństwa obywatelskiego jako trzeciego sektora, hybrydy rynku i państwa – koncepcja jednocześnie niepolityczna, apolityczna, antypolityczna oraz polityczna właśnie” (s. 223).
Inna trójsektorowość
Podział na rynek, państwo i społeczeństwo obywatelskie skrywa – według autora – prawdę, że w istocie są trzy społeczeństwa – polityczne, rynkowe i opiekuńcze, „a każdą z tych sfer można z perspektywy historycznej określić mianem »społeczeństwo obywatelskie«” (s. 217). Z kolei wieloznaczność tego pojęcia „legitymizuje działalność zmierzającą do realizacji politycznych celów w ramach społeczeństwa opiekuńczego oraz wpływania na polityczne decyzje w ramach społeczeństwa politycznego” (s. 215). Gdyby więc rozdzielić te trzy sfery aktywności społecznej, pojęcie społeczeństwa obywatelskiego traci sens, ponieważ jest bardziej precyzyjny termin opisujący ten fenomen, a jest nim właśnie „społeczeństwo opiekuńcze” (s. 213). W tym kontekście (a także w kontekście współczesnych sporów politycznych) ważny jest tu przypis, w którym autor mówi o zaletach terminu „społeczeństwo polityczne”, które „nie kwalifikuje pozytywnie swych podmiotów, tak jak koncepcja społeczeństwa obywatelskiego. Do społeczeństwa politycznego można zaliczyć ruchy faszystowskie, rasistowskie, zarówno pro-life, jak i pro-choice” (s. 214), a gdzie indziej „ruchy religijne wraz z pozostałymi ruchami politycznymi można obecnie zaliczać do społeczeństwa politycznego (np. ruch polityczny zorganizowany wokół Radia Maryja). Jednocześnie tradycyjne dla kościołów działania charytatywne stanowią element społeczeństwa opiekuńczego, zwłaszcza biorąc pod uwagę wzrastającą współpracę z instytucjami publicznymi, co wielu badaczy społeczeństwa opiekuńczego stara się niestety programowo ignorować” (s. 214-215).
Wątpliwości
Powyższe wyniki analizy – jak zapowiedzieliśmy – traktujemy jako dowiedzione, tzn. przyjmujemy, że istnieją znaczące argumenty za tym, aby tak właśnie przedstawiać sprawę. Główna wątpliwość dotyczy jedynie elementów spiskowych w tej koncepcji, która wskazuje na celowe działanie określonych środowisk w celu takiego, a nie innego uformowania dyskursu wokół pojęcia społeczeństwa obywatelskiego. Wszystkie – bardzo ciekawe zresztą – odkrycia autora dotyczące wprowadzania tego pojęcia do polskich tłumaczeń Marksa w 1949 roku czy używania go i zmieniania jego znaczenia zarówno przez przez zwolenników władzy w PRL-u, jak i opozycję nie układają się w jasny ciąg przyczynowo-skutkowy. To raczej funkcjonowanie w polskiej tradycji pojęcia „obywatelski”, chociażby przy okazji komitetów obywatelskich (1831, 1863, 1914, 1918, 1939, 1989), wskazuje na jego bardzo polityczny wymiar (choć i tu nie brak lingwistycznych ciekawostek, jest np. teoria, że w 1914 r. określenie „obywatelski” zostało zaakceptowane, ponieważ w języku rosyjskim oznaczało co innego niż w języku polskim2), pojawienie się pojęcia „społeczeństwo obywatelskie” było zatem, moim zdaniem, tylko kwestią czasu. Oczywiście wątpliwości co do tekstu Załęskiego można by znaleźć i więcej, jednak my – zgodnie z naszymi założeniami – zajmujemy się jedynie wnioskami z analizy i traktujemy je jako prawdopodobne (udowodnione do czasu, gdy ktoś dowodni coś przeciwnego).
Jak mówić o społeczeństwie obywatelskim
Wnioski dla praktyków są chyba oczywiste. Należy zacząć przywiązywać wagę do znaczenia słów, których się używa. Jest to tym bardziej widoczne, że ostatnio toczy się dyskurs wokół wspierania „społeczeństwa obywatelskiego”, które jest bardzo różnie rozumiane przez strony politycznego (co więcej, kulturowego) konfliktu. Pytanie jest proste – czy należy wydzielić społeczeństwo opiekuńcze ze społeczeństwa politycznego i społeczeństwa ekonomicznego jako specyficzną podgrupę i oddzielić organizacje rzecznicze od usługowych, ideowe od charytatywnych, tak aby niezaburzony proces polityczny prowadził do czysto politycznych decyzji? W teorii od tego jest system partyjny, a partie polityczne – jako specyficzne organizacje pozarządowe – mają w tym obszarze dominującą pozycję. Jednak jak sam wskazuje autor, tych graczy jest coraz więcej, a zgodnie z ideą demokracji bezpośredniej próbuje się włączać na zasadzie partycypacji nawet poszczególnych obywateli w codzienne życie społeczeństwa politycznego. Inaczej jest ze sferą gospodarki. Wiele organizacji działających w tej sferze, które trzeba zaliczyć przecież do szeroko rozumianego społeczeństwa obywatelskiego (związki zawodowe, spółdzielnie, izby gospodarcze), ewidentnie przechyla się – co zauważa i autor (s. 224) – do sfery politycznej. Czy wydzielenie obszaru społeczeństwa opiekuńczego z politycznego i ekonomicznego rozwiąże ten problem? Moim zdaniem wielu działaczy chętnie tak właśnie by zrobiło, chciałoby trzymać „trzeci sektor” z dala od polityki i biznesu, traktując oba te sektory jedynie jako źródła środków na własną działalność.
Nowe społeczeństwo obywateli
A może jest i tak, że niezależnie od nazw, tworzy się rzeczywista struktura społeczna, która wkracza w sferę ekonomii i sferę polityki? Autor deprecjonuje koncepcje Gramciego (s. 90), ale można przecież założyć, że idea „społeczeństwa obywateli”, by nie używać pojęć będących osią sporu, to próba nie tyle odpolitycznienia i odekonomizowania sfer działania społecznego, ale wręcz przeciwnie – odzyskania dla obywateli tych sfer, które – jak się wydawało – ostatecznie zaanektowane zostały przez biznes i administrację. Tu chodzi o to, aby społeczeństwo obywateli nie zostało sprowadzone do społeczeństwa opiekuńczego, ale właśnie uzyskało szerszy wymiar – również ekonomiczny i społeczny. Idea „społeczeństwa obywatelskiego” byłaby wezwaniem do uobywatelnienia również społeczeństwa ekonomicznego i politycznego. Wtedy społeczeństwo obywatelskie nie byłoby „hybrydą rynku i państwa”, ale samoistnym bytem, który próbuje się wymknąć logice biurokracji i konkurencji.
Konieczna jest samorefleksja
Niezależnie od tego, kto wyznaje jaką koncepcję – zredukowania społeczeństwa obywatelskiego do społeczeństwa opiekuńczego czy przeciwnie, jego ekspansji na społeczeństwo ekonomiczne i polityczne – niewątpliwie niejasne sformułowania, żonglowanie pustymi terminami osłabia w efekcie znaczenie społeczeństwa obywatelskiego. Tu nauka z tekstu Załęskiego jest oczywista. Musimy – my aktywiści – odzyskać samoświadomość. Jasno doprecyzować, „o co walczymy”, jakie są nasze wartości. Być może stare terminy nie przystają do opisu nowych zjawisk i więcej wprowadzają zamieszania, niż wyjaśniają. Jednak jeżeli prawdą jest, jak twierdzi autor, że „[n]auki społeczne są przesiąknięte projektami politycznymi, które można co najwyżej ujawniać, o ile zwalczanie jest skazane na kolejne uwikłanie polityczne właśnie” (s. 223), to dla działaczy społecznych samo ujawnianie nie jest użyteczne. Refleksja musi prowadzić do wniosków, które pozwolą podjąć działania. Być może niedoskonałe, czasem błędne, ale „niedziałanie” jest równie politycznie nacechowane, jak działanie. Czas zrozumieć, czym jest społeczeństwo obywatelskie w Polsce i globalnym świecie. Szansą czy przeszkodą w zmianie świata na lepsze.
1Autor wskazuje na badaczy, których „zwiodła ich własna wyobraźnia” (s. 218) lub których, jak ponoć Bobbio, „zmylił nieistniejący cytat”(s. 218) i doszukiwali się w tekstach wyjaśniania pojęć, których ich autorzy nie używali.
2Por. A. Achmatowicz, Polityka Rosji w kwestii polskiej w pierwszym roku Wielkiej Wojny 1914-1915, Warszawa 2003.