Od lat w ten czy inny sposób mam do czynienia z publikacjami ukazującymi się w ramach działalności szeroko rozumianego III sektora. Zdarzało mi się mieć z nimi kontakt nie tylko jako redaktorce czy korektorce, ale także współtwórczyni, recenzentce czy po prostu osobie, która wpisuje je w bazę danych bibliotecznych. I muszę powiedzieć, że do tekstu na temat jakości działalności wydawniczej organizacji pozarządowych zbierałam się od dawna. Ilość brzydkich słów, które jako osoba dobrze wychowana, a w dodatku pracująca w domu i obarczona licznym potomstwem, musiałam przez te lata przełknąć, osiągnęła wreszcie poziom krytyczny.
Od razu oświadczam, że nie zamierzam się odnosić do poziomu merytorycznego tych wydawnictw (co nie znaczy, że nie mam na ten temat zdania). Mówię tylko „jak”, a nie „co” jest wydawane. A to „jak” rozmija się niezwykle często z samymi podstawami sztuki edytorskiej. Bierzemy taką książkę do ręki, a tu same braki – brak ISBN-u (to chyba nawet nielegalne?), czasem brak paginacji, brak klarownego określenia, kto jest autorem, kto redagował, kto odpowiada za język. I kto to właściwie wydał – bywa, że jako wydawcy figuruje pięć organizacji, czasem jedynie jakaś mała drukarnia. Często w ogóle brak klasycznej stopki redakcyjnej (w której znalazłaby się np. informacja o nakładzie).
Najbardziej bolesne (przynajmniej dla mnie) są oczywiście błędy językowe. Problemy z ortografią, a zwłaszcza – to prawdziwa plaga – z interpunkcją to jedno, a drugie to, wynikające zapewne z błogiej nieświadomości autorów, że pisanie, prócz znajomości tematu, wymaga też pewnych umiejętności, błędy stylistyczne i składniowe. Pierwszym zapobiegłby po prostu fachowy korektor, drugim – redaktor, mogliby nawet być jedną osobą. Tyle że najwyraźniej ich interwencję uznano za zbędną.
Na rażące błędy natkniemy się nie tylko w warstwie językowej, ale też w sztuce typograficznej – zdarza się widocznie nieprofesjonalny skład czy grafika zaprojektowana przez „ciocię Jadzię”. Rozumiem, że organizacjom się nie przelewa, obawiam się jednak, że te oszczędzające oszczędzają przede wszystkim na fachowości, przy czym problemem jest chyba nie tylko niedobór środków, ale i brak wiedzy o tym, że wydawanie książki to przedsięwzięcie wymagające pewnej… no, właśnie wiedzy. A jeśli tej wiedzy nie mamy, musimy za nią najprawdopodobniej zapłacić. I już na poziomie planowania przedsięwzięcia należałoby wiedzieć, jakich wydatków pominąć się nie da. Nie widzę powodu, żeby nie skorzystać z uzdolnień plastycznych koleżanki, jeżeli potrafi ona stworzyć takie ilustracje, które wszystkim nam szczerze wydadzą się wystarczająco dobre, ale ile może być takich wystarczająco dobrych w rysowaniu koleżanek? Może lepiej rozejrzeć się za plastykiem, który chciałby nas wesprzeć wolontarystycznie albo za część tej ceny, którą bierze przy okazji przedsięwzięć komercyjnych?
Można by pomyśleć, że wydawnictwa finansowane ze środków projektowych, np. za niemałą kasę europejską, będą znacząco bardziej profesjonalne. Ale nie. Wydawane są rzeczywiście na bogato – na błyszczącym, najdroższym (i najmniej ekologicznym) papierze, w nieuzasadnionych niczym poza dostępnymi środkami nakładach, czasem w absolutnie idiotycznych (nowatorskich?), niemieszczących się na zwykłej półce formatach, a wystarczy chwila, by stwierdzić, że na etapie redakcyjnym nie widziało tekstu ani jedno profesjonalne oko. Czasem znów publikacja wydana jest właściwie profesjonalnie, ale zadziwia przerost formy nad treścią (tak jakby wydawca i grafik cieszyli się świeżo uzyskaną umiejętnością i chcieli wykorzystać wszystkie możliwości, jakie daje nowo poznany program komputerowy do składu) – nadmiar kolorów, rodzajów czcionki, nadmiar zabiegów wybijających rzeczy ważne, mniej ważne i jeszcze mniej ważne. Zwłaszcza publikacje o charakterze poradniczym zdają się wskazywać na lęk, że czytelnik jeszcze, nie daj Bóg, przeczyta coś, co mu się niewystarczająco przyda. I w ogóle, że on, ten czytelnik, jeśli mu się tego bardzo dokładnie nie pokaże, nie będzie wiedział, co jest dla niego ważne, a co może sobie darować. Do tej samej kategorii – nieuzasadnionych zabaw typograficznych – zaliczyłabym problem graficznej nieciągłości serii wydawniczych – nietrzymanie rozmiaru czy wahania stylu szaty graficznej.
Dlaczego tak wiele publikacji trzeciosektorowych w widoczny sposób odstaje od wydawniczych standardów? Nie wiem. Mogę się tylko domyślać. Na pewno wydawanie publikacji jest dla wielu organizacji zadaniem jedynie pobocznym. I albo robią to własnymi (nieprofesjonalnymi) siłami, albo zlecają. Tyle że nie sposób dokonać wyboru osoby, która będzie odpowiadać za kształt publikacji, i ocenić jej pracy, jeżeli się nie ma żadnej wiedzy w przedmiocie, co więcej, nie wie się nawet, że taka wiedza istnieje i należałoby ją mieć. I chętnie składa się w ręce „składacza” całą odpowiedzialność za kształt wydawnictwa, a niestety, jak się zdaje, wielu jest „fachowców”, którzy koncentrują się na kwestiach technicznych, bazują na znajomości odpowiednich programów do składu, nie mają natomiast wykształcenia poligraficznego, choćby zdobytego na własną rękę. A kto będzie nadzorował ich pracę? Jeżeli dla organizacji publikacja jest aktywnością drugo- czy trzeciorzędną, dostanie ją pod opiekę zapewne ktoś, kto akurat ma „wolne moce przerobowe”, niezależnie od swojej wiedzy czy doświadczenia. Efekty widać gołym okiem.
Ale to tylko moje domysły, może powody licznych potknięć w wydawniczej działalności organizacji są inne, a może ta amatorszczyzna wynika po prostu z samego charakteru organizacji pozarządowych, które nie są przecież profesjonalnymi wydawnictwami? Chętnie usłyszałabym głos kogoś lepiej ode mnie zorientowanego.