Drogi Piotrze,
Nie poczułam się chyba wystarczająco sprowokowana, skoro nie tylko nie wystosowałam natychmiast gwałtownej repliki, ale w ogóle moje próby napisania odpowiedzi na twój list jakoś ugrzęzły w rozlicznych – mniejszych i większych – trudnościach, tak że ostatecznie zachowałam się niegodnie, nie odpowiadając ci w ogóle. Mam nadzieję, że ty nadziei do końca nie straciłeś, bo oto jednak odpowiadam.
Jeżeli dobrze cię zrozumiałam (a nie mam pewności, bo – wybacz – często gnając za swą intrygującą myślą, wybierasz drogę na skróty, co łatwo może podążającego za tobą czytelnika wyprowadzić na manowce), zasadniczo właściwie się zgadzamy.
W każdym razie jeśli rzeczywiście chodzi ci o to, że her-storia – rozumiana jako taki sposób opowiedzenia dziejów, który uwzględni pomijaną w tradycyjnej historii perspektywę kobiecą (czyli punkt widzenia połowy, bądź co bądź, ludzkości) – nie powinna polegać jedynie na dokonaniu swoistej korekty, na uzupełnieniu panteonu bohaterów o bohaterskie kobiety, wykazaniu, że kobieta także potrafi, jak mężczyzna, walczyć, rządzić, politykować, że ona również potrafi grać w tę militarno-polityczną grę, którą od wczesnych lat szkolnych zwykło się nam pokazywać jako historię naszego kraju czy świata. Bo rzeczywiście taka korekta nic w istocie nie załatwia. Co więcej, może utrwalać dotychczasową niesprawiedliwą – a przede wszystkim przez swoją ograniczoność fałszywą – optykę, sugerując przy okazji, że istotnie rola kobiet była skromna, tak jak stosunkowo skromne (liczbowo) było ich uczestnictwo w tradycyjnie rozumianej historii, takiej, jaką znamy z kart podręczników szkolnych.
Oparcie się na pojedynczych, WYJĄTKOWYCH przypadkach kobiet, którym udało się sforsować kulturowe zasieki i w jakimś stopniu wejść na pole działalności męskiej, udowadnia raczej tezę – jakże niesłuszną – że kobiety odgrywały jakąkolwiek rolę w historii jedynie WYJĄTKOWO, jako swego rodzaju „baby z brodą” (pokazywane niegdyś za drobną opłatą na jarmarkach).
Tymczasem włączenie perspektywy kobiecej wymaga w pierwszej kolejności przyjrzenia się myślowym ramom, w których przyzwyczailiśmy się widzieć historię, językowi, którym zwykliśmy ją opisywać. Okaże się wtedy, że mamy do czynienia w sposób tak oczywisty, że niemal niezauważalny, z perspektywą wybitnie jednopłciową. Ze światem, w którym kobiety są albo nieobecne, albo też są obecne nie jako ludzie, a jako np. „zastępczy mężczyźni” (Emilia Plater), obiekty seksualne (Helena Trojańska, pani Walewska), przekazicielki narodowej narracji, westalki patriotyzmu (Matka Polka) itp.
Oczywiście nie oznacza to, że w tradycyjnej opowieści o wojnie i polityce nie było zupełnie miejsca dla kobiet. Bo oczywiście każdy wiedział, że kobieta jest nie tylko „odpoczynkiem wojownika”, ale też matką i wychowawczynią kolejnych pokoleń żołnierzy, tyle tylko że generalnie uważało się tę rolę kobiet za prywatną, domową, po prostu przyporządkowywano ją do innych, „kobiecych”, mniej poważnych i znacznie mniej ważnych obszarów.
Tak więc heroizm generała, który na spienionym koniu, z uniesioną szablą ruszał w bój, odmalowywano na dziesiątkach obrazów, nagradzano brzęczącymi orderami, uwieczniano w poezji, prozie i pieśni, heroizm matki natomiast, która z powodu wojny, którą te pieśni sławiły, próbowała bohatersko zachować przy życiu rodzinę, uważano za ZWYKŁĄ aktywność kobiecą, kobiety już takie są, że o rodzinę walczą heroicznie – nie ma więc po co strzępić sobie w tej sprawie języka, o peanach i medalach w ogóle nie wspominając. Co innego oczywiście, jeśli któraś z jakiegoś powodu tych hiperwysoko ustanowionych standardów nie spełnia, o, wtedy dyscyplinujemy ją i piętnujemy jako matkę wyrodną, zaprzeczającą samej naturze kobiety.
Więc tak, oczywiście chodzi w herstorii o jakąś podstawową sprawiedliwość, wyprostowanie niesprawiedliwości, ale bardziej jeszcze chodzi po prostu o prawdę. Bo dotychczasowa, ta męska, historia pokazuje rzeczywistość jednowymiarowo, co więcej, na pierwszy plan wysuwa sprawy często co najwyżej drugorzędne, obkładając za to całkowitym tabu sprawy codzienne, dla wszystkich ważne i w istocie decydujące o świecie, w którym żyjemy. I tutaj zgadzam się z twoją subtelną (więc może nadinterpretowałam) sugestią, że istnieje związek między odczarowywaniem historii poprzez dostrzeżenie optyki i działań kobiecych a a odczarowywaniem jej z perspektywy optyki i działań obywatelskich – bo tak jak z oficjalnego, poważnego przekazu o tym, jak toczą się dzieje świata, na które składają się dzieje wszystkich małych ojczyzn, wygumkowana została rola kobiet, działających na samym dole drabiny społecznej, tak nie docenia się roli działań – również z natury swej oddolnych – podejmowanych przez społeczników (obojga płci).
Na tym skończę, choć po wskazaniu na tę zbieżność byłoby tu miejsce na głębsze omówienie różnic – a one istnieją.
Ale to już może następnym razem…
Dorota
PS
Tak, wiem, że nie odpowiedziałam na pytanie podstawowe, to znaczy JAK to robić, jak opowiadać tę her-storię, by przybliżać prawdę o tym, co było, w całej jej wielowymiarowości. Na początek jednak myślę, że trzeba by w ogóle uświadamiać ludzi, że taka ta prawda o historii jest – wielowymiarowa. Dziś zwłaszcza, kiedy dotychczasową jednowymiarowość zawężono jeszcze, doprowadzając ją wręcz do groteski, ograniczając „opowieść o przeszłości” do militariów, wymachiwania sztandarami i wykrzykiwania bardzo głośno bardzo prostych haseł.