Wypisuję naklejki na konfitury z wiśni, żeby było wiadomo, co jest w słoiku i jak długo stoi na półce. Najmłodsze Dziecko przygląda się krytycznie moim bazgrołom i mówi: mamo, przecież tego nikt nie przeczyta. A co z tego – odpowiadam, grunt, że ja przeczytam i… dopada mnie refleksja, że właściwie nie wiadomo, kto kogo przeżyje – ja konfitury czy konfitury mnie (bo robię je naprawdę bardzo porządnie)…
W którymś z kolejnych tomów „Ani z Zielonego Wzgórza” jest taka scena, która przychodzi mi na myśl, ilekroć robię przetwory. Kilkuletni Tadzio – podopieczny Ani, klasyczny adehadowiec na krótkiej smyczy purytańskiego wychowania – wyjawia, na czym opiera swoje przekonanie, że warto być dobrym i iść do nieba. Otóż, jak twierdzi, warto, bo w niebie są konfitury (dzisiejsze dzieci czasu oszalałej nadprodukcji nie pojęłyby, czym konfitury były dla dzieciaka, któremu – dla dobra jego duszy – wydzielano nawet chleb). Przekonanie to Tadzio powziął, kiedy nauczono go, by modlił się, aby Bóg go zachował i doprowadził do nieba. Angielskie słowo preserve (zachować) oznacza również konfitury – to, co zostało dzięki magii kuchennej zachowane.
Tak więc opisuję słoiki wypełnione tym, co zachowane, a właściwie piszę list do przyszłości, no, może kartkę – zwaną w czasach słusznie minionych z rosyjska „odkrytką”. Piszę „do przodu” – w jakieś nieokreślone jutro, w którym z kolei ja – czy ktoś inny – weźmie konfitury w rękę i pomyśli „do tyłu”. Właściwie nawet nie pomyśli, a po prostu wróci – dzięki smakowi konfitur, które dziś zlizujemy z łyżki, i zapachowi, który unosi się w całym domu. Jeśli to będę ja, wrócę niestety do dnia zamachu w Monachium, bo właśnie relację z pościgu za zamachowcem i liczenie ofiar oglądam, oblizując nerwowo łyżkę i trochę, muszę się przyznać, pociągając nosem. Może to nie od razu wehikuł, ale taka mała, prywatnie zawiązana pętelka czasu, coś jak umaczana w herbacie proustowska magdalenka.
Czujny czytelnik (a już na pewno czytelniczka) nie potrzebowałby wzmianki o zamachu, by zauważyć, że opowieść powyższa sama należy do gatunku „zachowanych”, sezon na wiśnie bowiem dawno minął. Rzeczywiście, reminiscencja wiśniowa wróciła do mnie po jakichś trzech miesiącach wczoraj, kiedy zmuszona byłam odstać pierwszą chyba od lat kolejkę z prawdziwego zdarzenia. Na poczcie.
Jestem w takim wieku, że kolejka po prostu musi mi się kojarzyć z czasem, gdy ideologia była ważniejsza niż zwykłe życie, kiedy realizowano, nie przejmując się takimi drobiazgami, jak brak papieru toaletowego, świetlaną wizję jedynie słusznego ustroju. Jestem co prawda ciut za młoda, by wiedzieć, jak to jest próbować na co dzień karmić rodzinę, gdy w sklepach puste półki, a i kartki dawno się skończyły, ale pewne doświadczenie mam, w momentach wyjątkowych korzystano bowiem także z mojego potencjału ogonkowego. Moje wspomnienia dotyczą więc kolejek po karpia, po miejsce na kursie francuskiego (a tak, kolejkowało się dwa dni, z czytaniem listy co godzina i wszystkimi możliwymi atrakcjami nocy na mieście, z zawiązywaniem ad hoc wspólnoty alkoholowej włącznie), po chleb przed świętami (na mrozie, zmienialiśmy się z ojcem co dwie godziny) i tak dalej.
Były to klasyczne kolejki niedoboru, braku, siermiężnego realnego socjalizmu. Moja wczorajsza kolejka na poczcie była natomiast kolejką aż nazbyt barwną, na wskroś kapitalistyczną. Ot, po prostu firma, która próbuje połączyć swego rodzaju służbę publiczną (terminowe dostarczanie kartek z życzeniami „zasyłanymi” przez ciocię Andzię nawet na najdalsze zadupie) z biznesem, zdaje się wykonywać szereg intensywnych ruchów właściwych tonącemu, których wynikiem są rosnące kolejki i wydłużający się czas na przemyślenia o pętelkach pamięci. Panienek w okienkach – jak kiedyś – zdecydowanie za mało (tniemy koszty), te, które są, zajmują się jedynie przy okazji wysyłaniem listów poleconych, gros czasu poświęcając pocztowym ubezpieczeniom, pocztowym usługom bankowym, sprzedaży prasy i rozmaitych gadżetów. Połowa ławeczek nagle zniknęła (trzeba było gdzieś postawić stojaki z mydłem i powidłem, żeby jakoś wyjść na swoje), więc publika jak za komuny stoi, tym bardziej, że nawet ci szczęśliwcy, którym udało się dopaść miejsca siedzącego, czym prędzej wstali, kiedy tylko stwierdzili, że zza handlowych parawanów nie widać tego nowoczesnego systemu pokazującego, czyja teraz kolej. A wszystko to w krzykliwie kolorowych dekoracjach rodem z działu chińskich zabawek w polskim hipermarkecie. Kapitalizm pełną gębą. Chociaż kolory i okoliczności inne, inne powody stania, człowiek jak stał kiedyś, tak i teraz stoi. A nogi bolą nawet bardziej, bo starsze.
I na tej starej-nowej poczcie właśnie, odbębniając (jak w reklamie pewnego banku) „tradycyjną kolejkę w nowoczesnym wydaniu”, uświadomiłam sobie, że ostatnimi czasy czuję się coraz częściej, jakbym otwierała kolejne proustowskie słoiki gdzieś z tylnych rzędów piwnicznej szafy. Głównie za sprawą telewizji, ale też innych mediów, zwłaszcza tych najbardziej współczesnych. Słucham tego i owego (z rzadka, częściej czytam – słuchanie, zwłaszcza z obrazem w pakiecie, po prostu mnie przerasta) i tak zalatuje mi PRL-em, aż włosy dęba stają na głowie, tak dziwne i intensywne to uczucie. Ton, jakim się mówi o przeciwnikach politycznych, także tych domniemanych, o protestach społecznych, o gremiach – krajowych i zagranicznych – które wyrażają zaniepokojenie tym, co się tu dzieje, wreszcie – o zwolennikach, którzy zaczynają mieć wątpliwości, którzy „zdradzili”. Epitety, insynuacje, sugerowanie nie wprost różnych domyślnie brudnych powiązań i intencji, metoda „my tylko pytamy”, która ma pogrążyć wziętych na celownik – to wszystko nie tylko już było, ale i brzmiało identycznie, posiłkowano się takimi samymi sztuczkami socjotechnicznymi, używano wypisz wymaluj takiego samego języka. Nawet miny i ton głosu lektora Wiadomości – ponury i dramatyczny – przenosi nas w czasy, z którymi, jak nam się naiwnie zdawało, pożegnaliśmy się na zawsze.
Z obu stron barykady słychać czasem głosy, że porównania czasu obecnego z PRL-em są nieuprawnione, że służą tylko wzajemnemu grzmoceniu się po głowach, kultywowaniu wojny polsko-polskiej. Czytam kolejne artykuły wyśmiewające takie porównania, subtelnie roztrząsające okoliczności odróżniające „dobrą zmianę” od realnego socjalizmu na poziomie beta i gamma. I słowo daję, naprawdę mnie to przekonuje. Ale to moje przekonanie pryska jak bańka mydlana, kiedy tylko włączę telewizję. Nic nie poradzę – słyszę wypowiedź posła, członka rządu czy opowiadającego, jaki ten rząd jest fajny, komentatora politycznego i natychmiast wpływa mi do ust, gdzieś z głębi głowy, smak tranu, który serwowała mi twardo, nie bacząc na jęki, babcia, i kapusty kiszonej, którą zapychałam buzię, żeby zagłuszyć ohydny rybi posmak.