
Stanisław Thugutt
ROLA SPÓŁDZIELCZOŚCI W BUDOWIE PAŃSTWA POLSKIEGO
Jeżeli chodzi o budowanie państwa od góry, o zagadnienia konstytucji i praw zasadniczych, o najbardziej ogólnie ujętą formę ustroju państwa, wszystko tu jest płynne, zmienne i sporne. Dziś jest pod tym względem gorzej niż kilka lat temu, kiedy demokratyczna, parlamentarnie rządzona republika wydawała się bez mała wszystkim obywatelom jedynie możliwą i pożądaną formą ustroju dla Polski, kiedy nie mówiło się jeszcze o faszyzmie, dyktaturze, autorytecie ludzi stojących ponad prawem i kiedy każde zdanie, każde słowo naszej Konstytucji nie było jeszcze atakowane z dochodzą do nienawiści zaciekłością albo ogłaszane za pustą deklamacje, pozbawioną treści i sensu. Stad wniosek pierwszy: w budowie szczytów państwa zaszliśmy bardzo niedaleko; co gorsza, jeżeli chodzi o cały naród, zgubiliśmy swoją drogę. Odbiera to wielu ludziom wiarę w swe siły i skłania do poszukiwania cudownych lekarstw, które się wkrótce okazują szarlatanerią.
Pewnym pokrzepieniem może być tylko to życie, które się samorzutnie rozwija od dołu. Trudno było by wprawdzie twierdzić, że nasze stosunki społeczne i gospodarcze nie pozostawiają już nic do życzenia. Jeżeli obywatelom Rzeczypospolitej Polskiej przyjrzymy się jako rzeszom spożywców, spostrzeżemy z łatwością, że olbrzymia ich część spożywa ilości niedostateczne i bynajmniej nie w najlepszym gatunku. Niewiele lepiej stoi sprawa z produkcją, zastarzałą w formach, anarchiczną w planie pracy, z niesłychanym rozproszkowaniem ziemi, z milionami godzin marnowanych w przymusowym bezrobociu. A jednak mimo wszystko życie tryska niepowstrzymaną falą, jak tryska bujna krynica spod przywalających ją głazów, zasklepiając rany zniszczenia wojennego, usuwając zawady, szukając nowych dróg. Niekiedy dzieje się to przy pomocy państwa, czasami bez żadnej pomocy, a jeszcze kiedy indziej wbrew najosobliwszym przeszkodom biurokratycznej formalistyki.
To nowe życie jednak jest życiem przeważnie dziko rosnącym. Prawa” które rządzą jego budzeniem się lub jego zamieraniem, są nam nieznane lub znane bardzo mało. Gdzieś, w głębokiej głuszy wiejskiej wykwita czasami niespodziewanie jakaś nowa forma życia, jak roślina, której nikt nie siał, którą się nikt nie opiekował. Kiedy indziej najuporczywsze wysiłki, agitacja najbardziej wytrwała nie może wykrzesać iskry. Najmniej oczywiście w tym kierunku uzdolnień ma państwo, którego przedstawiciel – urzędnik z głową wypchaną paragrafami ustaw, nie może najczęściej znaleźć języka wspólnego z twórcami samorodnego życia na szerokich nizinach społecznych. Stosunek z nim rozpoczyna się zwykle od nałożenia na nowe formy życia nowego podatku; jego opieka wyraża się z reguły w ulgach, jakie czyni od tych podatków.
Tu rozpoczyna się rola instytucji społecznych. A jeśli chodzi o stanowiące rdzeń życia narodowego zjawiska gospodarcze – rozpoczyna się rola spółdzielczości. Oczywiście mówię o spółdzielczości, która od świadomości najbardziej pierwotnej, od ulepszenia stanu gospodarstwa swoich członków i zaoszczędzania im kilkudziesięciu złotych rocznie przechodzi do bardziej świadomej akcji przekształcania całego obecnego ustroju.
Wprawdzie nawet na najniższych szczeblach uświadomienia społecznego staje się niebawem spółdzielczość wybitnym składnikiem potęgi i zamożności państwa. Jeżeli chodzi o Polskę, już dzisiaj przyczynia się do podtrzymania jego bilansu handlowego… Wolno mniemać, że w bilansie tym chłopskie masło, jaja i szynki ważyć będą kiedyś więcej niż eksportowany przez baronów węglowych węgiel lub drzewo wycinane w obszarniczych lasach. Przy nieco pomyślniejszych warunkach drobne spółki pieniężne łatwo stać się mogą bankierem państwa, bardziej bezpiecznym i bardziej pewnym niż kapitalistyczne banki zagraniczne. Nie mówiąc już o tym, co jest punktem wyjścia dla spółdzielczości, że zasiadłszy się nieco lepiej w siodle, potrafi ona znacznie lepiej poskromić nazbyt wybujałe apetyty wszelkich handlarzy i spekulantów, niżby to mogły uczynić najsurowsze zakazy i regulaminy ministrów.
Ale było by mimo wszystko błędem przypuszczać, że te materialne zwycięstwa spółdzielczości wystarcza do ostatecznego powalenia kapitalizmu wraz z nieodzownym jego następstwem – wyzyskiem. Wręcz przeciwnie, sadzę, że kapitalizm wzięty mocno za gardło, nie tylko broniłby się rozpaczliwie, ale przechodziłby do ataku, ulepszając swoje metody pracy i skracając swój front na mniejszych odcinkach.
I nie umiałbym dowieść, że zwycięstwo w walce decydującej musi się okazać po stronie spółdzielczości, gdyby nie miała ona sprzymierzeńców w organizacjach politycznych i w związkach zawodowych. Nade wszystko zaś, gdyby samym swoim istnieniem i przenikającą, aż do środka obozu wroga propaganda nie przekształcała dusz ludzkich, osłabiających odpór psychiczny swych nieprzyjaciół, ugruntowując jak kamienne słupy nowe pojęcia o nowym porządku rzeczy.
W tej właśnie powolnej, ale nieuchronnej zmianie nastrojów i poglądów społeczeństwa widzę jedni z najcenniej szych wartości ruchu spółdzielczego. Wszędzie, a zwłaszcza w Polsce, która tak mało czuje się jeszcze związkiem obywateli. Proszę wczuć się na chwilę w sposób myślenia tej nieszczęsnej drobiny ludzkiej, jak jest pierwszy lepszy obywatel, ktoś z szarej masy, będący olbrzymią większością ludności Odrodzonej Polski. Stratowany przez wojnę, łupiony przez spekulację, poszturchiwany przez niezliczone zakazy i nakazy, których celu i potrzeby nie może zrozumieć, zawiedziony, jeśli nie wręcz oszukany w swoich dość niekiedy naiwnych rachubach politycznych, czuje się w końcu ten nieszczęsny współwłaściciel republiki czymś opuszczonym, biednym i słabym w szalejącej dokoła walce sił, których nie umiałby nawet nazwać. Poi się goryczą, traci wiarę w siebie i w innych i odchodzi od Polski, nie rozumiejąc, że ona musi rodzić się w męce.
Dzień, w którym ten szarpiący się bezpłodnie człowiek stanie się członkiem bodajby małej, początkującej spółdzielni, będzie dla niego pierwszym dniem innego i lepszego życia, pod warunkiem, że wejdzie w nią z wiarą. Nie czuje się już tak opuszczonym. Jego organizacja jest jak gdyby małym wzniesieniem, z którego wzrok jego sięga dalej i dostrzega rzeczy, których istnienia nawet się nie domyślał. U czy się w niej królewskiej sztuki rządzenia. I nade wszystko on, ów pływak zmęczony, zaczyna czuć grunt pod nogami. Zwycięstwa, które odnosi razem z innymi, są małe, ale dadzą się dostrzec i posuwają go naprzód. W pewnej chwili spostrzega, że takich jak on są miliony, że stanowią oni olbrzymią siłę, że są częścią państwa, której ani pominąć, ani skrzywdzić nie można. I powie, że lepiej Polskę budować z szarych polnych kamieni, aniżeli z tęczowych złudzeń, po których zostaje zawód, jeśli nie błoto.
Gotów jestem ten jego pogląd podzielić. Państwo nie jest tylko tą czy inną ilością kilometrów kwadratowych obszaru, armią broniącą granic, stertą zadrukowanego papieru, ustanawiającą obowiązujące wszystkich prawa. Państwo, to przede wszystkim wola do życia jego obywateli. Nie ślepa wola, wynikająca ze zwierzęcego strachu przed zagładą, ale wola dążąca świadomie do lepszego, szlachetniejszego i wolnego życia.
W tym rozumieniu uważam świadomą swoich celów spółdzielczość za jeden z najpewniejszych sposobów budowania naszego Państwa od dołu.
(“Spólnota” Nr 22-23 Z 1928 r.)