27 listopada miało miejsce wydarzenie „Siła kobiet. Idziemy po nasze prawa”, na które złożyły się marsz spod pomnika Józefa Piłsudskiego koło Belwederu pod Sejm oraz – już na miejscu, pod budynkiem Sejmu – kiermasz działań na rzecz kobiet, na którym swoje stanowiska otworzyły różne organizacje i inicjatywy prokobiece. Wydarzenie zorganizowała grupa Ściana Furii w trzecim dniu międzynarodowej kampanii 16 dni przeciwko przemocy ze względu na płeć i w 98 rocznicę zdobycia przez kobiety polskie pełni praw wyborczych.
Wydarzenie to nie zgromadziło co prawda tłumów, które pamiętamy z czarnego protestu, pokazało jednak, że protest ten uruchomił proces oddolnego organizowania się kobiet, ich gromadzenia się wokół inicjatyw mających na celu walkę z przemocą domową, ekonomiczną (np. akcja „Alimenty to nie prezenty”), z tzw. kulturą gwałtu – przedmiotowym traktowaniem kobiet oraz ciągle wyraźną nierównością w życiu społecznym – na rynku pracy, w polityce i w domu.
Ten społeczny ferment trudny jest na razie do opisania, obudziły się organizacje kobiece z długim stażem, a właściwie obudziło się zainteresowanie ich działaniami, powstają liczne grupy nieformalne, wokół pewnych akcji, wokół konkretnych wydarzeń – pikiet, marszów, zbiórek środków – np. na przeciwdziałanie przemocy, wydarzenia mijają, ale osoby, które je organizowały, często po raz pierwszy mające do czynienia z działalnością społeczną, zostają. Pozostają fanpejdże zakładane na fejsbuku dla organizacji konkretnych przedsięwzięć, dla zainteresowanych kobiet stają się platformą wymiany informacji, poglądów, może swego rodzaju „przedprożem” nowych organizacji. Przyznam, że ja się nie mogę połapać w tych wszystkich Siłach kobiet, Marszach Godności, Dziewuchach Dziewuchom, Protestach kobiet itp. – co jest czym i czym ma szansę stać się w przyszłości. Ale dzieje się.
Przed sprawą drakońskiego projektu Ordo Iuris środowiska feministyczne były wyraźnie wyobcowane, za sprawą stereotypów i negatywnych konotacji związanych z bardzo silną, i niewątpliwie skuteczną, narracją kontrfeministyczną, starającą się zdyskredytować zarówno głoszone przez feministki poglądy, jak i je same (brzydkie i nawiedzone) – tzw. zwykłe kobiety, nawet te, które na każdym kroku doświadczały problemów związanych z nieprzestrzeganiem ich praw, obawiały się posądzenia o feminizm. Ale czyż „nie jestem feministką, ale…” nie brzmi dokładnie tak samo, jak to, co znamy skądinąd – „nie jestem rasistą, ale…”, „nie jestem antysemtitą, ale…”? I tak samo wskazuje, że chociaż odium społeczne każe nam wypierać się nieakceptowanej „skórki”, plakietki, nasze poglądy w istocie są, jakie są. Zamach na prawa podstawowe, takie jak prawo do decydowania o własnym życiu i zdrowiu, potraktowanie kobiet przez środowiska bliskie władzy, i przez samą władzę, skrajnie przedmiotowo były przekroczeniem pewnej granicy, to przekonało nieprzekonane, wzbudziło oburzenie i sprzeciw. Co ważne, nie tylko wśród młodych, wykształconych mieszkanek wielkich miast, ale też na prowincji, wśród wszystkich grup wiekowych, oczywiście z lewa, ale i z prawa.
Z pewnością eksplozja energii, jaką obserwowaliśmy w dniu czarnego protestu, przycichła. Dla części kobiet zbyt trudny do przyjęcia, zbyt daleki od ich przekonań okazał się coming out Natalii Przybysz. Ujawniły się głębokie różnice poglądów, przede wszystkim na sprawę aborcji. Myślę jednak, że ten zryw, dodajmy – wygrany zryw, bo władza wycofała się przecież, przynajmniej na razie, ze swoich planów, zmienił coś bezpowrotnie, być może poruszył lawinę.
A co do Natalii – chciałabym zacytować to, co w pełni wyraża mój pogląd, fragment wypowiedzi Zofii Cielątkowskiej, która dla Krytyki Politycznej napisała:
„Dyskusja wokół aborcji to – poza szerokim kontekstem całego problemu – też obraz narzuconej z góry przestrzeni dyskursu. Próba utrzymania tych wyznaczonych granic to obrona utrzymania pola władzy i pogardy – nic więcej. Sama chęć wyznaczania i określania tego, co może, a co nie może być wypowiedziane, powinna niepokoić. W społeczeństwie, które od początku tresuje dziewczynki w uległości, bierności i milczeniu – tym bardziej trzeba wspierać głosy burzące te granice. Nie ma innego sposobu zmiany rzeczywistości niż mówienie na głos, na wiele głosów, na bardzo wiele głosów. Nie ma innego sposobu zmiany niż tworzenie opowieści – wielu opowieści, a nie wyjątków.
I jak to w wielogłosie, te opowieści będą różne. Jedne bardziej moje, inne bardziej obce. Warto pamiętać, że są obroną samej możliwości mówienia, czyli decydowania o sobie i własnej podmiotowości. Dlatego niech będzie ich jak najwięcej”.