Z worka świętej zmiany wypadł kolejny prezent dla narodu. Mniejsza o to, kto go do tego worka wsadził, kto popchnął w stronę choinki, mniejsza nawet i o to, że jak mówią niektórzy, miał on tylko przysłonić inny – niemały – prezent (umowę CETA), którego rozpakowanie ma być dla narodu prawdziwą niespodzianką, ważne, że święta tuż tuż. Po raz kolejny, mimo frustrującego przekonania, że mój głos nic nie znaczy, z poczucia obowiązku poszłam zatem pod sejm, by zastosować jedyne narzędzie protestu, jakie mam, to znaczy swoją własną osobę.
Pod sejmem przekrzykiwały się dwie grupy – obie w swego rodzaju uniformach, obie, jak mi się wydało, w jakiś sposób hermetyczne. Po jednej stronie grupa mocno starszych pań i wyraźnie młodszych (?) panów, w purpurze – czerwone szaty, czerwone sztandary, złote krzyże, po drugiej stronie, znacznie liczniejsza, ale powiedzmy wprost, rozczarowująco nieliczna, grupa w przeważającej większości młodych, przynajmniej z mojej perspektywy, około trzydziestolatków. Płci obojga, choć z przewagą dziewczyn. W czerni, w większości również w jakiś sposób stylistycznie jednorodnych, styl ten, z braku lepszego słowa, określiłabym może jako hipsterski, ale bez przekonania. W każdym razie młodzi, wykształceni, dobrze zorientowani i ogólnie na czasie. Oczywiście na oko. Niektórzy z dziećmi – w wózeczkach lub brzuchach. Z jednej strony nadawano zajękliwe modły, z drugiej – twarde rytmy (w refrenie dosłyszałam coś o żelaznych waginach). Aha, była jeszcze trzecia grupa, bardziej zdyscyplinowana, grzecznie stojąca w jednym miejscu i trochę jakby omijana – pod flagami partyjnymi w kolorze, jakby przez pomyłkę, biskupiej purpury. Niby Razem, a jednak osobno.
I przyznam, że poczułam się trochę nie na miejscu. Niby miałam jasność, z kim mi bardziej po drodze, ale nie miałam przekonania, że komukolwiek jest po drodze ze mną. Obie „umundurowane” grupy grały na najwyższych rejestrach, miałam nawet przez chwilę kłopot z przyporządkowaniem jakiegoś przemawiającego – pojedyncze słowa, jakie do mnie docierały: „godność”, sumienie”, „nie ma zgody”, śmiało mogły należeć tak do „czarnych”, jak i do „czerwonych” (znów się coś poplątało z tymi kolorami).
Nie chciałabym tu wyjść na malkontentkę – ja te wysokie rejestry rozumiem, chodzi w końcu o sprawy podstawowe, o wartości, chociaż żadna ze stron nie wydaje się skłonna przyznać przeciwnikom takiej motywacji. Takie zresztą prawo demonstracji, krzyk i skrajne hasła. Tyle tylko, że ten protest – ważny i konieczny – powinien zgromadzić w mieście takim jak Warszawa setki tysięcy osób. Co najmniej. Osób o różnych poglądach, także na kwestię aborcji. Także tych, którzy – tak jak ja – mają przekonanie, że nie jest to kwestia obojętna moralnie, i właśnie dlatego nie można oddać jej rozstrzygania nikomu innemu niż sama kobieta.
Badania pokazują, że trzy czwarte Polaków jest przeciwko zaostrzeniu prawa zakazującego aborcji. Prawdopodobieństwo, że przeciwna jest starsza pani z kiosku, kierowca autobusu, kobieta słuchająca mszy przed kościołem, żeby maluchy nie rozrabiały w środku, a także inne osoby, jakie spotkałam, jadąc na demonstrację, jest zatem ogromne. Ale z jakiegoś powodu nie widzę żadnej z tych osób pod sztandarem z żelazną waginą.
Być może, powie ktoś, takie „wyprofilowanie” protestujących wynika po prostu z rodzaju kanałów informacji, np. skrzykiwanie się na fejsbuku z góry wyklucza ogromną rzeszę osób, które z tego medium nie korzystają. Ale w takim razie dlaczego jadąc pod sejm, widziałam dziesiątki dziewcząt – nastoletnich, dwudziestokilkuletnich, w barwnych sukienkach, roześmianych, biegnących gdzieś za swoimi ważnymi sprawami?