No i mamy wrzesień. Księgarnie, sklepy papiernicze i odzieżowe tradycyjnie zachęcają do zakupów pamiętającymi PRL hasłami – jak nie „Witaj, szkoło”, to „Szkoło, hej!”. Nie wiem, jak innym, ale mnie mróz chodzi po kościach… Jeśli chodzi o wzornictwo, króluje oczywiście amerykańska, czy amerykańsko-japońska, popkultura, która zawładnęła do tego stopnia wyobraźnią naszych dzieci (a w każdym razie producentów), że tornistry, przybory szkolne, koszulki i bluzy nieprzyozdobione jej wytworami wydają się jakby niekompletne. Od tylu lat wygląda to tak samo, że ledwie omiatam wzrokiem wystawy – i te niemrawe zachęty, i te cukierkowo kolorowe atrakcje. Aż dziw, że nie wkroczyła tu dobra zmiana – nie żeby od razu z Wyklętymi, przynajmniej z Bolkiem i Lolkiem czy jakimś Reksiem – mocno przykurzonymi i w ogóle nie na czasie, ale przynajmniej naszymi, czysto polskimi. I nagle to niestarannie omiatające spojrzenie zatrzymało mi się na czymś nowym, na wystawie papiernika tuż koło mojej bramy jakiś komplet – piórnik, kredki, zeszyty – w nieco skromniejszej wersji kolorystycznej. Coś mi to jakby przypomina… Flaga węgierska? Włoska? A nieee… Jest i znaczek, to kolory pewnego klubu piłkarskiego. Po ostatnim meczu z Borussią chyba powinna być jakaś obniżka.
Legia zamiast Kucyków Pony czy Spidermana – to się już wpisuje w nowy mainstream. Przecież słyszeliśmy, że kibice to sól ziemi (aż by się chciało dodać „tej ziemi”), że kiedy urządzają manifestacje patriotyczne, „należy im bić brawo” – taka aktywność na wzór dla młodzieży młodszej nadaje się zatem w sam raz. Dodajmy, że edukacyjne oddziaływanie wizualne nie kończy się tu na klubowych barwach czy emblematach, prawdziwy kibic przemawia bowiem – zazwyczaj patriotycznie – całym ciałem. Co rusz widać młodzieńca z wydziarganym jakimś bogoojczyźnianym obrazkiem czy hasłem, co prawda nader często zdarza się, że wygląd i zachowanie „nosiciela” stoi z nimi w gwałtownej sprzeczności (no, chyba że hasło brzmi „śmierć wrogom ojczyzny”, wtedy wszystko się dość dobrze komponuje), ale przecież symbole i uosabiane przez nie idee są jak najbardziej po linii.
Zdarzają się oczywiście pewne niedociągnięcia, karierę w internetach zrobiło np. zdjęcie patrioty, który na jednej łydce ma wytatuowanego Che Guevarę, a na drugiej znak Polski Walczącej na cegłach powstańczej Warszawy, można by rzec, że w kwestii mody jedna noga nie nadąża za drugą, a rozum w ogóle nie nadąża.
Ostatni mecz Legii można uznać za pewien wymowny symbol: wzmożenie patriotyczne, objawiające się w pieśniach i sztandarach (i furze kasy dla naszych dzielnych chłopców za to, że w ogóle wyjdą czasem na boisko) zostało zgrabnie spuentowane całościową kompromitacją, pokazującą, że nie wystarczy się odpowiednio patriotycznie napiąć, ale trzeba też odrobiny wiedzy i mnóstwa ciężkiej pracy. Ulubiona pieśń polskiego kibica „nic się nie stało…” ma słaby walor wychowawczy. Szczególnym aneksem do tego całościowego blamażu są rozczulające tłumaczenia władz klubu, oburzonych, że zarzuca się kibicom okrzyki Żydzi, Żydzi, kiedy przecież wołali oni k…wy, k…wy. Pomyłka jest rzeczywiście prawdopodobna, próbowali wszak krzyczeć po niemiecku, a prawdopodobieństwo, że obcojęzyczna wymowa przychodzi im z łatwością, nie wydaje się szczególnie duże.
A tak poważnie – dewocyjno-nekrofilny patriotyzm obrazkowy, dotychczas będący domeną jedynie pewnych środowisk (np. właśnie kibicowskich) i wydający się problemem głównie estetycznym – nie dość delikatnego, czy mówiąc wprost – prymitywnego operowania na granicy sacrum i profanum, wchodzi właśnie tryumfalnie do głównego nurtu. W kwestii sztandarów – przeczytałam wczoraj o naciskach ze strony małopolskiego kuratorium i… IPN-u na dyrektorów szkół, żeby się zadeklarowali, na które uroczystości przyślą poczet sztandarowy – na Dzień Sybiraka, Żołnierzy Wyklętych czy inne patriotyczne obrzędy (a jest ich coraz więcej). Jedna z dyrektorek martwi się, że dzieci (chodzi o podstawówkę) tego nie wytrzymają kondycyjnie, ja jednak widzę więcej problemów. Mieszkam ściana w ścianę z kościołem i szkolne poczty sztandarowe czasem widuję – jak rozumiem, na jakichś uroczystościach kościelno-szkolnych (?). Ciekawe jest to, że w takich galowych trójkach przeważnie jest co najmniej jeden Azjata, najpewniej Wietnamczyk, a onegdaj widziałam nawet dwóch. Zapewne obowiązuje wciąż zasada – jak jeszcze za moich szkolnych czasów – że udział w poczcie sztandarowym jest zaszczytem przewidzianym dla najlepszych uczniów. Nie chciałabym być Kasandrą, ale przewiduję kłopoty.