Przywykliśmy już do tego, że wszystko, co się w naszym kraju ostatnio wydarza, jedni komentują z oburzeniem, drudzy przemilczają bądź wyśmiewają oburzonych (w zależności od rodzaju wydarzenia – jedni mogą być drugimi i odwrotnie), pozostali zaś całą uwagę poświęcają na to, by ich komentarza nikt nie mógł, Boże broń, zaklasyfikować do twórczości jednych lub drugich, a przy okazji rzeczywistość im się jakby trochę wymyka. Człowiek, który chciałby jakoś tę rzeczywistość, w której przecież żyje, ogarnąć, zorientować się, na czym stoi, łatwo zatem nie ma.
Pewnie, że można by po prostu przyjąć, że prawdą jest to, co twierdzą ci, z których poglądami nam najbardziej po drodze. I miałby człowiek miłą pewność, że wie, o co chodzi, i jeszcze na deser zadowolenie, że racja jest po jego stronie – to niezwykle kuszące i, jak się tak rozejrzeć dokoła, to Polska jest krajem bardzo zadowolonych ludzi. Ale jeśli człowiek ma nawyk szukania dziury w całym, to leży na całej linii.
Weźmy taką na przykład „brunatną falę”. Od dawna – bo właściwie od czasu brzydkich zabaw przedwyborczych, kiedy to niektórzy głaskali środowiska, którym należy się raczej reedukacja niż głaskanie, i dla własnych korzyści politycznych przemawiali językiem lęku i nienawiści do obcego, innego – czuję obawę przed tym, w co takie zabawy mogą się przerodzić. Wydaje się, że ostatnio te moje obawy zyskują potwierdzenie. Doniesienia o kolejnych „incydentach” układają się w spójny ciąg – najpierw argumenty mniej czy bardziej racjonalne, potem operowanie wyzwiskami, mazanie po murach, następnie demonstracje z paleniem kukieł włącznie, a wreszcie groźby i pięści – przemoc wobec inaczej wyglądających, a ostatnio po prostu mówiących w obcym (nienawistnym) języku.
Z drugiej strony mam przecież świadomość specyfiki obiegu informacji w czasach fejsbuka, świadomość działania szeregu opisanych szeroko heurystyk, czyli myślowych dróg na skróty, prowadzących do równie szeroko opisanego katalogu błędów poznawczych, a slalom między tymi błędami do łatwych dziś nie należy. Wiedza o tym, jak działa np. tzw. heurystyka dostępności, czyli „uproszczona metoda wnioskowania polegająca na przypisywaniu większego prawdopodobieństwa zdarzeniom, które łatwiej przywołać do świadomości i są bardziej nacechowane emocjonalnie”, rodzi nieufność do tego, co widzą (czytają) nasze oczy. Stwierdzenie na pewno, na ile czytamy o pojedynczych ekscesach, a na ile ekscesy te są już elementami pewnego trendu, wydaje się niemożliwe.
W czasach PRL-u rodzice wypuszczali nas samych na podwórko, gdzie buszowaliśmy do nocy, bo media koncentrowały się raczej na wizytach oficjeli w bratnich krajach, na akademiach ku czci czy kwintalach z hektara, o rzeczach przykrych, jak na przykład napady czy gwałty, było cicho. I naród czuł się bezpieczny. Czasem, z nadmiaru tego podejrzanego bezpieczeństwa, czując potrzebę wprowadzenia do swego życia elementów dramatycznych, tworzył miejskie legendy typu „czarna wołga” (zbyt młodych, by pamiętać, odsyłam do wujka Google’a), ale w tyle głowy przecież wiedział, że to tylko baśnie. Dziś elementów dramatycznych mamy w mediach dostatek, a nawet nadmiar. Jest ich tak wiele, że właściwie można z nich ułożyć dowolne puzzle. I wielu układa, układa, układa (np. media rządowe, którym wychodzi obrazek całkiem odwrotnych, można by rzec, niż brunatna fala zagrożeń) – a my zostajemy z odwiecznym pytaniem „czymże jest prawda?”.
Idzie ta brunatna fala czy nie idzie? Prawicowi publicyści, jakby się umówili, stosują najchętniej shopenhauerowskie argumentum ad absurdum: „ha ha, dawniej to nie było bójek w autobusach i po murach nie mazali głupot”. No, właściwie były. I mazali…
Kilka dni temu oglądałam jedno z przedstawień odbywających się w pobliskim parku w ramach festiwalu Sztuka ulicy. Przyszłam dość późno, więc najlepsze miejscówki były już zajęte, niestety z bardziej punktualnymi koneserami sztuki teatralnej nie mogłam konkurować na centymetry, obok mnie trochę dzieciaków, które się zjechały na swoich deskach i rolkach, także wspinało się na palce bez większych nadziei na zobaczenie czegokolwiek. Pojawiła się też śniada para z córeczką – na oko Hindusi, choć „po cywilnemu”. Stanęli bezradnie za plecami szczęśliwców, którzy przyszli wcześniej, i oto nagle sytuacja się zmieniła. Wysoki blondyn, dotąd nieczuły na potrzeby spóźnialskich, uśmiechnął się i wskazał na migi, że przed nim znajdzie się miejsce dla dziecka. Kiedy nie do końca rozumiejąca mama pokręciła głową, następni widzowie włączyli się w akcję grzecznościową. Jeden przez drugiego usuwali się, pokazywali rękami, że tu, o tu mała się zmieści. I tak sobie pomyślałam – czy jeszcze parę tygodni temu ta scena wyglądałaby tak samo?
Niezależnie od tego, jak bardzo realna jest brunatna fala – istnieje ona w naszych głowach – jako nurt, który nas wabi, z którym chcielibyśmy się zabrać, sprawiając, że będzie silniejszy, albo którego się obawiamy, któremu chcielibyśmy się przeciwstawić – sprawiając, że będzie słabszy. A prawda, która wydawała się taka trudna do schwycenia, okazuje się nie tak ważna, kiedy po prostu dokonujemy wyboru – zachować się przyzwoicie czy nie.